SRUL Z LUBARTOWA
Było to w roku... ale mniejsza o rok, dość że było, a było w Jakucku, w początku listopada, w kilka jakoś miesięcy po moim przyjeździe do tej stolicy mrozów.
Ciepłomierz spirytusowy Reaumura wskazywał 35 stopni zimna. Ze strachem więc myślałem o przyszłym losie mego nosa i uszu, które, jako niedawno przywiezione z zachodu, dotąd zawsze dotkliwie dla mnie znaczyły swój protest cichy przeciw aklimatyzacji przymusowej, a dziś właśnie miały być wystawione na przydłuższą próbę. Groziła im ta próba, ponieważ parę dni temu w szpitalu miejscowym umarł jeden z członków naszej kolonji, kurp’, Piotr Bałdyga i dziś rano mieliśmy oddać mu ostatnią usługę: złożyć w ziemi zamarzłej jego sterane kości.
Czekałem tylko na jednego ze znajomych, który miał zawiadomić mnie o czasie pogrzebu; czekałem niedługo i zabezpieczywszy najstaranniej nos i uszy, podążyłem za innymi ku szpitalowi.
Szpital był za miastem.
W podwórzu, trochę opodal od innych budynków, stała szopa niewielka — trupiarnia.
W tej to trupiarni leżało ciało Bałdygi. Otworzono drzwi, weszliśmy i wnętrze na całej naszej garstce przykre wywarło wrażenie; było nas z dziesięciu, może kilkunastu, i wszyscyśmy mimowoli spojrzeli po sobie: staliśmy wobec rzeczywistości zimnej i nagiej, nie okrytej żadnym łachmanem pozoru... W szopie, nie mającej ani stołu, ani stołka, nic okrom ścian, ubielonych śnieżnym szronem, na podłodze śniegiem zasypanej, leżał również ubielony, zawinięty w jakieś prześcieradło czy koszulę, ogromny, wąsaty trup. Był to Bałdyga.
Ciało zmarzło okropnie i aby łatwiej je włożyć w przygotowaną już trumnę, przysunięto je do drzwi, ku światłu.
Nigdy nie zapomnę twarzy Bałdygi, którąm ujrzał teraz w świetle dziennem, oczyszczoną ze śniegu. Surowe oblicze nacechowane było dziwnym jakimś, nieopisanym bólem, a z szeroko otwartych oczu wielkie źrenice, zdasię, z wymówką sterczały het daleko ku mroźnemu, surowemu, niebu.
— Zmarły był chłop zacny, — opowiadał mi tymczasem jeden ze sąsiadów, czując wrażenie, jakie na mnie wywarł widok Bałdygi, — zawsze był zdrów i pracowity, więc zawsze przygarniał i przytulał koło siebie kogoś z biedniejszych; tylko, że to i uparty był, jak Kurp, więc wierzył do końca, że wróci nad Narew. Widocznie jednaka przed śmiercią zrozumiał, że tak nie będzie.
Włożono tymczasem skamieniałe zwłoki do trumny, postawiono na małe, jednokonne sanki jakuckie, i gdy krawcowa W., pełniąca w danym razie, jako praktyk religijnych świadoma, obowiązki księdza, zaintonowała donośnie: „Witaj Królowo nieba w smutku i radości”, podtrzymując ją urywanemi głosami, ruszyliśmy ku cmentarzowi.
Szliśmy prędko, mróz krzepł i zachęcał do pośpiechu. Jesteśmy nareszcie na cmentarzu, rzucamy po grudce zmarzłej ziemi na trumnę, kilkanaście wprawnych uderzeń rydlem ... i po chwili tylko mała, świeżo usypana, kupka ziemi świadczy o niedawnem jeszcze istnieniu Bałdygi na świecie. Świadczyć jednak będzie niedługo, kilka miesięcy zaledwie; nadejdzie wiosna, ogrzana słońcem kupka mogilna roztaje; zrówna się z ziemią, porośnie trawą i zielskiem; po roku, dwóch, wymrą lub rozejdą się po świecie szerokim świadkowie pogrzebu i choćby cię matka rodzona szukała, nie znajdzie Już nigdzie na ziemi! Aleć i szukać tu nikt zmarłego nie będzie i pies nawet o cię nie zapyta.
Wiedział o tem Bałdyga, wiedziehśmy i my i w milczeniu rozchodzihśmy się do domów.
***
Nazajutrz po pogrzebie mróz stężał jeszcze. Po drugiej stronie dość wąskiej ulicy, przy której mieszkałem, nie było widać ani jednego budynku: gęsta mgła śnieżnych kryształów, jak chmura, nawisła nad ziemią. Z po za mgławicy tej nie wyzierało już słońce; ale chociaż na ulicy żywej duszy nie było, powietrze, niepomiernie od wielkiego zimna zgęszczone, donosiło ciągle do mych uszu to metaliczne dźwięki skrzypiącego śniegu, to huk rozsadzanych w ścianach domów, grubych bierwion lub pękającej szerokiemi szczelinami ziemi, to podobny do jęku, żałosny śpiew jakuta. Widocznie zaczynały się owe mrozy jakuckie, wobec których bledną najokropniejsze zimna biegunowe, wobec których strach jakiś niewypowiedziany ogarnia człowieka, a każdy organizm żywy, czując swą niemoc zupełną, choć skupia się w sobie i kurczy, jak pies znędzniały, otoczony zgrają ciętych brytanów, wie dobrze, że to napróżno, że wróg nieubłagany prędzej czy później zwycięży.
I Bałdyga, jak na jawie, coraz częściej stawał przede mną. Od godziny siedziałem nad rozłożoną robotą; robota jednak nie kleiła mi się jakoś, pióro samo wypadało z ręki i myśl nieposłuszna wyrywała się daleko poza granice śnieżnej i mroźnej ziemi. Napróżnom odwoływał się do mego rozsądku, napróżnom powtarzał sobie po raz dziesiąty rady lekarza; dotąd, trawiącej mnie od kilku tygodni, chorobie stawiłem jaki taki opór, dziś czułem się zupełnie obezwładniony, bezsilny. Tęsknota za krajem pożerała mnie, trawiła nielitościwie.
Tyle już razy nie mogłem oprzeć się ułudnym marzeniom; czyżbym dziś mógł się ostać pokusie? I pokusa była silniejszą i ja sam słabszy niż zwykle.
Precz więc mrozy i śniegi, precz rzeczywistość jakucka! Rzuciłem pióro i otoczony chmurami dymu tytoniowego, puściłem wodze rozgorączkowanej wyobraźni.
Więc i poniosłaż mnie swawolna!..
Przez tajgi i stepy, góry i rzeki, przez carstwa i ziemie niezliczone, pomknęła myśl lotna na daleki zachód, roztaczając przede mną czary prawdziwe: nędzy i złości ludzkiej pozbawione, piękna i harmonji pełne, moje niwy nadbużne. Ustom mym dziś nie opowiedzieć, pióru nie opisać tych czarów!
Widziałem łany pozłociste, łąki szmaragdowe, lasy starce, dawne dzieje mi szemrzące.
Słyszałem szum fal kłosistych, gwar bożych piewców skrzydlatych, howor dębów olbrzymów, hardo wichrom urągających.
I napawałem się wonią tych lasów balsamicznych i tych pól kwiecistych, ubarwionych dziewiczą świeżością chabrów niebieskich, krasą wiosny — fiołkiem niewinnym.
...Każdy mój nerw odczuwał, muskanie powietrza rodzinnego... Czułem ożywcze działanie promieni słonecznych, a choć na dworze mróz zgrzytał jeszcze wścieklej i coraz groźniej szczerzył do mnie na szybach swe zęby, krew jednak żywo zakrążyła w mych żyłach, zapałała głowa i jak zaklęty, zapatrzony, zasłuchany, nie widziałem i nie słyszałem już nic około siebie...
***
Nie widziałem i nie słyszałem, jak drzwi się otwarły i wszedł ktoś do mnie; nie spostrzegłem kłębów pary, buchających tu za każdem drzwi otwarciem w takiej ilośc, że wchodzącego i nie dojrzysz odrazu; nie czułem zimna, które z jakąś bezczelną, rozmyślną natarczywością wrywa się tu do ludzkiej siedziby; nie widziałem i nie słyszałem nic i dopiero, gdym poczuł blisko siebie człowieka, wprzód zanim go dojrzałem, mimowoli rzuciłem mu zwykłe w Jakucku pytanie:
— Toch nado? [* Co potrzeba; pierwsze słowo — jakuckie.].
— To ja, proszę pana, z miełoczem torguju [* Drobiazgiem handluję.] — brzmiała odpowiedź.
Podniosłem oczy. Nie wątpiłem, że przede mną, pomimo wpakowanego nań przeróżnego ubrania, skór bydlęcych i jelenich, stał typowy, małomiasteczkowy żyd polski. Kto go widywał w Łosicach lub Sarnakach, ten pozna go nietylko w jakuckich, lecz i w patagońskich skórach. Poznałem go przeto odrazu. A ponieważ, jak to rzekłem, i pytanie swe, niezupełnie jeszcze przytomny, rzuciłem mu prawie bezwiednie, więc żyd, stojący teraz przede mną, nie przerywał mych dumań zbyt brutalnie, nie był dlań kontrastem zbyt przykrym. Przeciwnie. Z pewną przyjemnością wpatrywałem się w znajome mi rysy; zjawienie się żyda w chwili, gdym myślą i sercem przeniósł się do ziemi rodzinnej, wydało mi się dość naturalnem, parę zaś słów polskich mile pogłaskały ucho. W pewnem tedy jeszcze zapomnieniu przyglądałem się mu przyjaźnie.
Żyd postał trochę, następnie odwrócił się, cofnął ku drzwiom i pośpiesznie zaczął ściągać z siebie przeróżną swą odzież.
Wtedy dopiero opamiętałem się i spostrzegłem, żem mu nic nie odpowiedział i że domyślny współziomek, wytłumaczywszy sobie najopaczniej moje milczenie, zechce mi rozłożyć swój towar. Pośpieszyłem wyprowadzić go z błędu.
— Bój się Boga, człowieku, co robisz?! — zawołałem żywo. — Nic nie kupuję, nic mi nie potrzeba, nie rozbieraj się napróżno i ruszaj z Bogiem dalej!
Żyd przestał się rozbierać i pomyślawszy chwilkę, wlokąc za sobą napoły ściągniętą dochę [* Odzież wierzchnia zimowa. Zwykle ze skór podwójnych sierścią na wierzch i wewnątrz zszyta. Dochy szyją się ze skór jelenich, bedniejsi noszą bydlęce.], zbliżył się do mnie i głosem urywanym, prędko i bezładnie tak mi prawić zaczął:
— To nic; ja wiem, że pan nic nie kupi. Widzi pan, ja tu dawno już jestem, bardzo dawno... Ja dotąd nie wiedziałem, że pan przyjechał. Pan z Warszawy przecie? Wczoraj mi dopiero powiedzieli, że pan tu już cztery miesiące przeszło. Co za szkoda, żem się tak późno dowiedział! Byłbym zaraz przyszedł. Dziś szukałem pana z godzinę; byłem aż na końcu miasta, a tu mróz taki, niech go djabli wezmą!.. Niech pan pozwoli, ja długo przeszkadzać nie będę, kilka słówek tylko...
— Cóż ty chcesz ode mnie?
— Ja tylko chciałbym pęgadać trochę z panem.
Odpowiedź ta nie zdziwiła mnie wcale; ludzi rozmaitych, przychodzących jedynie po to, aby „pogadać trochę” z człowiekiem niedawno przybyłym z kraju, spotykałem już niemało; byli pomiędzy nimi i żydzi. Przychodzący interesowali się przedmiotami najróżnorodniejszemi; bywali i prości ciekawscy i gadulscy, bywali i ludzie, którzy o krewnych pytali, bywali i politycy, pomiędzy którymi niejednemu już się zupełnie w głowie przewróciło. Wogóle jednak pomiędzy przychodzącymi polityka miała zawsze szczególny mir i poważanie. Nie zdziwiło mnie więc, powtarzam, żądanie nowego przybysza i chociaż radbym był uwolnić mą chatę co prędzej od nieprzyjemnego zapachu, źle zwykle wyprawianych, bydlęcych skór dochy, poprosiłem go uprzejmie, aby się rozebrał i usiadł.
Żyd, widocznie ucieszony, po chwili już siedział koło mnie i teraz mogłem mu przyjrzeć się uważniej.
Wszystkie najordynarniejsze rysy plemienia żydowskiego, zdaje się, wcieliły się w siedzącą obok mnie postać: i gruby, pałkowaty, trochę na bok zakrzywiony nos, i przenikliwe, jastrzębie oczy, i broda klinowata, barwy dobrze dojrzałego ogórka, i wreszcie czoło niskie, grubym włosem okolone, wszystko to posiadał mój gość, lecz, rzecz dziwna, wszystko to, razem wzięte, być może, skraszone wyrazem twarzy znędzniałej, tchnącej jakąś szczerą otwartością i przyjaźnią, nie sprawiło na mnie w tej chwili złego wrażenia.
— Powiedzże mi, skąd jesteś, jak się nazywasz, co tu porabiasz i czego chcesz się dowiedzieć ode mnie?
— Jestem, proszę pana, Srul z Lubartowa, może pan dobrodziej wie, to zara kiele Lublina; nu, bo u nas wszyscy myślą, że to tak bardzo daleko, dawniej i ja tak myślałem, ale teraz, — dodał z przyciskiem, — to my wiemy, że Lubartów od Lublina bardzo blisko, zara kiele niego.
— A dawno tu jesteś?
— Bardzo dawno, trzy lata bezmała.
— To jeszcze nie tak dawno przecie, są tacy, co po dwadzieścia lat przeszło tu mieszkają, a w drodze spotkałem staruszka z Wilna, co blisko pięćdziesiąt lat tu mieszka; ci rzeczywiście są dawno. — Ale żyd mnie ofuknął:
— Jak oni, to ja nie wiem, ja wiem, że jestem tu bardzo dawno.
— Zapewne sam tylko jesteś, jeżeli ci czas tak długim się wydaje?
— Iz żonem i z dzieckiem — z córkiem; miałem czworo dzieci, kiedy tu szedłem, ale to podróż taka, niech Bóg zachowa, szliśmy rok cały; pan nie wie, co to etapy ?... Troje dzieci odrazu mi umarło, w jednym tygodniu, to jakby odrazu. Troje dzieci?! łatwo powiedzieć... nawet pochować nie było gdzie, bo cmentarza naszego tam nie ma... Ja chasyd jestem, dodał ciszej, pan wie, co to znaczy... zakonu pilnuję... i Bóg mnie karze...
I umilkł wzruszony.
— Mój kochany, w takiem położeniu trudno już o tem myśleć, wszystko to jedno przecie, ziemia Boża wszędzie, — starałem się go choć czemkolwiek pocieszyć, ale żyd skoczył jak oparzony.
— Boża! jaka Boża! co za Boża! co pan mówisz? To psia ziemia! Tfu! tfu! Boża ziemia? Nie mów pan tak, wstydź się pan! Boża ziemia, co nigdy nie rozmarza? To przeklęta ziemia! Bóg nie chce, żeby tu ludzie mieszkali: żeby On chciał, nie byłaby taką. Przeklęta, podła! Tfu! tfu!
I zaczął pluć koło siebie i tupać nogami; z zaciśniętemi usty, skurczonemi palcami groził niewinnej ziemi jakuckiej, szeptał jakieś przekleństwa żydowskie, aż zmęczony wysiłkiem, upadł raczej, niż usiadł, na stołku koło mnie.
Wszyscy zesłani, bez względu na religję i narodowość, nie lubią Syberji; widocznie jednak fanatyczny chasyd nie umiał nienawidzić połowicznie. Czekałem, aż się uspokoi. Wychowany w twardej szkole, żyd prędko przyszedł do siebie, prędko owładnął wzruszeniem i gdym po chwili spojrzał mu w oczy pyiająco, odpowiedział mi natychmiast:
— Niech pan daruje, ja z nikim o tem nie mówię, bo i z kim tu mówić?
— Alboż żydów tu mało?
— Czy to żydzi, panie? To już tacy, jak tutejsi... zakonu nikt nie pilnuje. — Bojąc się jednak nowego wybuchu, nie dałem mu skończyć, postanowiłem skrócić rozmowę i zapytałem wprost, o czem to on chciał ze mną pogadać.
— Chciałbym się dowiedzieć, co tam słychać, panie? Tyle lat tu jestem i jeszcze nigdy nie słyszałem, co się tam dzieje.
— Kiedy pytasz trochę dziwnie, nie mogę ci przecież opowiedzieć odrazu wszystkiego; nie wiem, co cię interesuje, polityka może?
Żyd milczał.
Sądząc, że gość mój, jak i wielu innych, interesuje się pohtyką, nie rozumiejąc samej nazwy przedmiotu, zacząłem stereotypową już dla mnie, ze względu na wielokrotne powtarzanie, opowieść o polityczneni położeniu Europy, naszem i t. d., ale żyd zakręcił się niecierpliwie.
— Więc to cię nie interesuje? — zapytałem.
— Nigdy o tem nie myślałem — odparł otwarcie.
— A! teraz wiem, o co ci chodzi, pewno chcesz wiedzieć, jak się żydom powodzi, jak handel idzie?
— Im się lepiej powodzi, jak mnie.
— Słusznie. W takim razie pewno chcesz wredzieć, czy życie u nas teraz drogie, jakie ceny na targach, po czemu mąka, mięso i t.d.
— Co mi z tego przyjdzie, kiedy tu nic dostać nie można, choćby tam najtaniej było.
— Jeszcze słuszniej; ale ostatecznie o cóż u licha ci chodzi?
— Kiedy ja nie wiem, proszę pana, jak to powiedzieć? Widzi pan, ja tak nieraz miślę, miślę, że aż Ryfka, to moja żopa tak się nazywa, pyta się: „Srul, co tobie?” A co ja jej mam powiedzieć, kiedy ja sam nie wiem, co mi jest. Bo to może nawet i ludzie śmieliby się ze mnie? — dodał, jakby badając, czy i ja zeń śmiać się nie będę.
Ale ja się nie śmiałem. Byłem zaciekawiony: widocznie gniotło go coś, z czego sam sobie sprawy zdać nie umiał i wypowiedzenie czego w języku, którym władał nadzwyczaj słabo, było dlań jeszcze trudniejszem. Aby dopomóc mu, uspokoiłem go, żeby się nie śpieszył, że robota moja niepilna, nic na tem nie straci, jeżeli pogadamy z godzinę i t. d. Żyd podziękował mi wzrokiem i pokrótkim namyśle rozpoczął taką rozmowę:
— Kiedy pan wyjechał z Warszawy?
— Podług ruskiego kalendarza w końcu kwietnia.
— A czy wtedy zimno tam było, czy ciepło?
— Ciepło zupełnie, jechałem z początku w letniem ubraniu.
— Nu, patrz pan? A tu mróz!
— Cóż to, zapomniałeś, czy co, przecież w kwietniu pola już u nas zasiane, wszystkie drzewa zielone!
— Zielone? — radość błysła w oczach Srula — a tak, tak, zielone, a tu mróz!
Teraz już wiedziałem o co mu chodzi; chcąc się jednak upewnić, milczałem; żyd ożywił się widocznie.
— Nu! niech mi pan powie, czy jest u nas teraz... tylko, ot widzisz pan, nie wiem już, jak się nazywa, już po polsku zapomniałem — tłumaczył się zawstydzony, jak gdyby umiał kiedy — to jest białe takie, jak groch, tylko nie groch, koło domów w ogrodach latem, na takich wielgich kijach?..
— Fasola?
— A to właśnie! Fasola, fasola — powtórzył sobie kilkakrotnie, jak gdyby chciał wrazić sobie to słowo na zawsze.
— Rozumie się, jest i dużo, a tu czyż niema?
— Tu! Bez całe trzy lata ani jednego ziarnka nie widziałem, tu groch taki, co u nas, z przeproszeniem tylko... tylko...
— Świnie jedzą — podpowiedziałem.
— Ny tak! Tu na funty sprzedają i to nie zawsze dostać można.
— Czy tak lubisz fasolę?
— Nie to, że lubię, ale to właśnie, ja sobie tak nieraz miślę o tem, bo to ładnie przecie, nieprzymierzając, jakby lasek rośnie wedle domu. Tu nic niema!
— A teraz, — zaczął znowu — teraz, niech mi pan powie, czy w zimie są u nas jeszcze małe, ot takie — i na palcu pokazywał — szare takie ptaki? także zapomniałem, jak to się nazywa. Dawniej dużo ich było! Bywało modlę się koło okna, a tego maleństwa jak mrowia się nazbiera. No, ale ktoby tam na nich patrzył. Wie pan co, nigdybym nie uwierzył, że o nich kiedy myśleć będę!? Bo tu, tu wrony nawet na zimę uciekają, to maleństwo takie tem bardziej nie może wytrzymać, ale u nas pewnie są jeszcze? Ny, panie, są?..
Ale teraz ja mu nie odpowiadałem, nie wątpiłem dłużej, że żyd stary, chasyd fanatyczny, tęsknił za krajem tak samo, jak i ja, że obaj byliśmy chorzy na jedną chorobę; niespodziane takie znalezienie wspólkolegi cierpienia rozrzewniło mnie wielce, wziąłem go więc za rękę i sam zkolei zapytałem:
— Więc to o tem pogadać ze mną chciałeś? Więc ty nie myślisz o ludziach, o swej doli ciężkiej, o biedzie, która cię gniecie, lecz tęsknisz do słońca, powietrza, ziemi rodzinnej?... Myślisz o polach, łąkach i lasach, o ich mieszkańcach Bożych, których w życiu swem biednem nie miałeś nawet czasu poznać dobrze, i dziś, gdy obrazy miłe znikają z twej pamięci, boisz się pustki, która cię otoczy, sieroctwa wielkiego, które cię dotknie, gdy się zatrą drogie wspomnienia? Chcesz, żebym ci je przypomniał, odświeżył, cłicesz, abym ci opowiedział, jaką jest ziemia nasza?..
— O tak, panie, tak, panie! po to tu przyszedłem — i ściskał me ręce i śmiał się, jak dziecko, radośnie.
— Słuchajże, bracie!...
...........................................................................................................................................................
I słuchał mnie Srul, cały w słuch zamieniony, z otwartemi usty, wlepionym we mnie wzrokiem; wzrokiem tym palił mnie i podniecał, wyrywał mi słowa, chwytał je spragniony i kładł głęboko, na dnie swego serca gorącego... kładł tam, nie wątpię, bo gdym kończył swą opowieść: „O, weh mir, o wej mir!” — zajęczał żyd boleśnie, zatrzęsła się broda ryża i łzy duże, łzy czyste potoczyły się po znędzniałej twarzy... I długo szlochał chasyd stary i ja płakałem z nim razem.
***
Dużo wody od tego czasu upłynęło w zimnej Lenie i łez ludzkich niemało zapewne spłynęło po twarzach zbolałych. Dotąd jednak, choć to dawno już było, w ciszy nocnej, w czasie nocy bezsennej, często staje mi przed oczyma posągowa, stygmatem bólu wielkiego ożywiona twarz Bałdygi i obok niej zawsze się zjawia zżółkła i pomarszczona, łzami czystemi oblana twarz Srula. I gdy wpatruję się dłużej w te widziadła nocne, nieraz, zda mi się, widzę, jak się poruszają drżące i blade wargi żyda i głos cichy, rozpaczliwy szepcze koło mnie: „O Jehowo, czemuś taki niemiłosierny dla jednego z najwierniejszych Twych synów?..”
Strielica nad Wietługą,
w sierpniu r. 1885.
[S. 81-118.]
СРУЛЬ ИЗ ЛЮБАРТОВА
Эскиз
--------------
Это было в... году, впрочем, дело не в том, короче это было в Якутске, в начале ноября, несколько месяцев спустя после моего приезда в эту столицу морозов.
Спиртовой термометр Реомюра стоял на высоте 35° ниже нуля, и я со страхом размышлял о вероятном будущем моего носа и ушей, которые, перенесенные недавно из более теплого западного климата, постоянно заявляли весьма чувствительным для меня образом свой протест против принудительной акклиматизации и теперь должны были подвергнуться особенно продолжительному испытанию: дня два тому назад скончался один из членов нашей колонии, курп [* Житель Ломжинской губернии.] Петр Балдыга, и нам предстояло сегодня утром отдать ему последний долг — похоронить бренные его останки в замерзшей земле.
Я ожидал только одного из знакомых, который должен был известить меня о времени похорон; ждать пришлось не долго, и я, приняв возможные средства к предохранению носа и ушей от грозящей им опасности, отправился с товарищами в больницу, которая находилась за городом. Во дворе, в некотором отдалении от других строений находилось небольшое здание — мертвецкая. В ней-то лежало тело Балдыги. Отперли дверь, мы вошли, и то, что увидели, на всех — нас было человек десять или несколько больше — произвело подавляющее впечатление. Действительность во всей неприглядной наготе предстала глазам нашим: в сарае, в котором ничего не было, кроме нагих стен, украшенных белым инеем, на покрытом снегом полу, лежал завернутый в какую-то простыню или рубашку побелевший от снега огромный усатый труп. Это был Балдыга. Члены его окоченели от холода, и для того, чтобы поместить тело в гроб, его придвинули ближе к дверям сарая, через которые врывался дневной свет. В моей памяти навсегда отпечатлелся образ Балдыги, его суровое лицо, очищенное теперь от снега, на которое какое-то удивительное, не поддающееся описанию, страдание наложило свою печать; открытые глаза, казалось, с немым укором были обращены к высокому морозному небу.
Заметив болезненное впечатление, произведенное на меня видом мертвеца, один из товарищей рассказал мне, что покойный был весьма достойный человек, трудолюбивый и к тому же обладающий крепким здоровьем, что он всегда помогал другим, более несчастным, и, по свойственному всем курпям упрямству, не покидал надежды увидеть родной Нарев. Смерть, видно, образумила его.
Между тем бренные останки почившего вложили в гроб, который поместили на маленьких, в одну лошадь, якутских санях, и когда жена портного В., как более других присутствовавших знавшая религиозные обряды, исполняя обязанность священника, громко запела: «Упокой, Господи, душу раба твоего», мы двинулись по направлению к кладбищу, поддерживая пение нестройными голосами.
Мы шли быстро. Мороз усиливался и заставлял торопиться. Но вот мы на кладбище. Каждый из нас бросает горсть земли на крышку опущенного в яму гроба, еще несколько ловких взмахов заступа, — и только небольшое возвышение свидетельствует о столь еще недавнем существовании того, чье смертное тело под ним покоится. Да и то не долго. Придет весна, могильная насыпь растает, сравняется с землею, сорные травы вырастут на ней, года через два не станет и тех, которые присутствовали при последнем акте земной трагикомедии, в которой он играл первую роль, и никто не найдет на земле даже воспоминания о нем, — ищи хоть мать родная. Но даже искать его никому не придет в голову. Собака — и та не спросит... Знал это Балдыга, знал каждый из нас, м в молчании мы разошлись по домам.
--------------
На следующий день мороз все усиливался. Через улицу, довольно узкую, на которой я жил, насупротив нельзя было отличить зданий: непроницаемый снеговой туман окутал землю, лишая ее солнечного света. Воздух был до такой степени сгущен, что хотя на улице не было живой души, но до ушей моих долетали беспрестанно то металлические звуки хрустящего снега, то гул лопающихся в стенах домов толстых бревен или растрескивающейся земли, то жалобный, как плач, напев якутской песни. Приближались уже, по-видимому, якутские морозы, перед которыми ничто самый страшный полярный холод, морозы, наполняющие ужасом сердце человека и заставляющие все живое сосредоточиться в себе и сжаться, при полном сознании собственного бессилия, подобно тощему, изголодавшемуся кобелю, окруженному стаей свирепых собак, знающему, что раньше или позже неумолимый враг одержит победу.
И Балдыга, точно живой, все чаще и чаще представлялся моему воображению. Я просиживал часы над работой в полном бездействии, перо выпадало из рук, и непокорная мысль уносила меня далеко за пределы этого морозного, снежного мира. Напрасно призывал я в помощь рассудок, напрасно повторял себе советы врача; до сих пор я успешно боролся с завладевшей мною болезнью, теперь же я чувствовал себя обессиленным, уничтоженным. Тоска по родине пожирала меня, мучила невыносимо.
Ведь сколько раз я находил в себе достаточно, сил, чтобы отогнать обманчивые мечтания, — неужели сегодня они овладеют мною? А искушение было сильнее обыкновенного, я же чувствовал себя менее способным к борьбе. И так, долой царство вечных снегов и морозов, долой действительность в ее якутской форме! Я бросаю перо и, скрываясь в клубах табачного дыма, переношусь в мир, порожденный горячечным воображением.
И вот меня подхватила игривая фантазия!
Через тайги и степи, через горы и реки, царства и неисчислимые земли понеслась моя мысль на далекий запад, точно силой волшебства представляя душевным взорам моим родные прибугские поля, полные красоты и гармонии, не знающие горя и злобы человеческой. Уста мои немеют перед описанием этих чудес, перо выпадает из рук. Я видел золотистые нивы, изумрудные луга, старые леса, которые шептали мне о былом. До ушей моих долетал шум колосистых волн, разнообразные звуки крылатых Божьих певцов, ропот дубов-исполинов, гордо вызывающих в бой могучие ветры. Я наслаждался запахом этих благоухающих лесов и прелестью родных мазовецких полей, украшенных девственной свежестью голубых васильков. Каждый нерв чувствовал прикосновение родного воздуха. Я ощущал живительное действие солнечных лучей, и хотя на дворе мороз все неистовее свирепствовал и на стеклах окон скалил свои зубы, кровь живее кружилась в моих жилах, голова разгорелась и, как очарованный, я уже ничего не видел и не слышал...
--------------
Я не видел и не слышал, как отворилась дверь, и кто-то вошел ко мне в комнату; не заметил клубов пара, который врывается здесь сквозь открытую дверь в таком количестве, что из-за него совершенно не видно вошедшего; не чувствовал холода, с каким-то сознательно-бесстыдным нахальством вторгающегося в человеческое жилье, не видел и не слышал ничего, и только почувствовав присутствие человека, прежде чем взглянуть на него, спросил:
— Тох надо? [* Что надо? — по-якутски.]
— Это я, барин, мелочью торгую, — был ответ.
Я оглянулся. Не было никакого сомнения: передо мною стоял польский еврей, тип еврея — жителя небольших городов, и я узнал его тотчас, не смотря на разнообразие верхнего одеяния, на украшавшие его бычачьи и оленьи шкуры. Кто видел еврея в Лосицах или Сарнаках, тот узнает его не только в якутских, но даже в патагонских шкурах. Так как вопрос был сделан мною почти бессознательно, как я уже сказал, то стоявший передо мной еврей не нарушил течения моих мыслей, представляя собою слишком чуждую для меня в данный момент действительность, не был неприятным контрастом. Напротив, я с некоторым даже удовольствием всматривался в знакомые черты; появление его в то время, когда я мыслью и сердцем перенесся на родину, показалось мне довольно естественным, несколько же слов, сказанных по-польски, приятно звучали в моих ушах; не прийдя еще в себя, я стал дружелюбно присматриваться к нему.
Еврей постоял несколько времени, затем отвернулся, отошел к дверям и стал снимать с себя свою разнообразную одежду.
Тогда только, окончательно опомнившись, я заметил, что не ответил ему ничего и что догадливый земляк, совершенно превратно растолковав себе мое молчание, хочет показать мне свои товары. Я поспешил разубедить его.
— Послушай, любезный, я ничего не куплю, ничего мне не надо; не раздевайся напрасно и ступай себе с Богом.
Еврей перестал раздеваться, подумал немного, приблизился затем ко мне, влача за собою снятую уже доху [* Верхняя зимняя одежда, обыкновенно из двойных шкур, сшитых таким образом, что шерсть обращена внутрь и наружу. Делают их из оленьих шкур; бедные носят бычачьи дохи.], и прерывающимся голосом, быстро и бессвязно, начал говорить:
— Ничего; я знаю, что вы не купите. Видите, я уж давно здесь, очень давно... Я не знал до сих пор, что вы сюда приехали. Вероятно, из Варшавы? Вчера только мне сказали, что вы здесь уже четыре месяца. Как жаль, что я так поздно узнал о вашем приезде. Я бы сейчас пришел. Сегодня я искал вас целый час, был в конце города, а тут мороз, черт побери!.. Я вам долго не буду мешать, всего лишь несколько слов.
— Чего же ты хочешь от меня?
— Я желал бы немного поговорит с вами.
Эти слови нисколько не удивили меня: я встречал уже много людей, приходивших «поговорить немного» с человеком свежим, недавно прибывшим; в числе их были также евреи. Все они интересовались самыми разнообразными вещами: были просто любопытные и любившие поговорить, были такие, которые спрашивали лишь о своих родных, были и политики, — у многих из этих последних окончательно ум за разум зашел. Вообще, однако политика пользовалась особым почетом и уважением со стороны спрашивавших. Поэтому меня нисколько не удивило желание моего гостя, и хотя я был бы не прочь отделаться от неприятного запаха, издаваемого плохо выделанными шкурами дохи, однако, попросил его раздеться и сесть.
Видимо обрадованный, еврей быстро разделся и через несколько мгновений очутился возле меня, что дало мне возможность рассмотреть его поближе.
Казалось, все типичнейшие черты еврейского племени воплотились в нем: толстый, неуклюжий, несколько покривившийся в сторону, горбатый нос, проницательные, ястребиные глаза, клиновидная борода цвета спелого огурца, наконец низкий лоб, окаймленный жесткими волосами, — таков был мой посетитель. Тем не менее, все эти непривлекательные черты, соединенные в одно целое, не произвели на меня неблагоприятного впечатления: оно смягчалось изможденным видом лица, дышавшего какою-то откровенностью и дружелюбием.
— Скажи мне, откуда ты, как тебя звать, что ты здесь делаешь и о чем хочешь узнать от меня?
— Я, барин, Сруль из Любартова, знаете, что возле Люблина. У нас все думают, что это очень далеко, и я так думал прежде, но теперь, — прибавил он, особенно ударяй , на последнем слове, — я знаю, что Любартов очень близко от Люблина, очень близко.
— Давно ты здесь?
— Давно, уже почти три года.
— Ну, это еще не так давно. Живут и по двадцати лет. По пути я встретил старика из Вильны, который здесь уже коло 60 лет. Вот это действительно давно.
— Этого я не знаю, — возразил он с раздражением; — я знаю только, что я здесь уже очень давно.
— Ты, вероятно, живешь один, если время кажется тебе столь продолжительным?
— С женою и дочерью; у меня было четверо детей, когда я шел сюда, но дорога такая, что Боже упаси; мы шли целый год. Вы знаете, что такое этапы? Трое детей сразу померло, в одну неделю, почти в одно время. Трое дѣтей?!.. легко сказать... даже похоронить было негде, — здесь нет еврейского кладбища. Я хасид, — прибавил он, несколько понизив голос, — вы знаете, что это значит... Закон храню, а Бог меня так наказывает...
Он замолчал, видимо тронутый.
— Но, мой милый, в таком положении об этом не думают; ведь все равно, где похоронить, — земля везде божья, — сказал я, думая хоть чем-нибудь утешить его. Но еврей вскочил точно ужаленный.
— Божья! Какая божья! Что вы говорите? Это собачья земля! Тьфу! Божья земля! Не говорите так, стыдитесь! Божья земля, которая никогда не оттаивает! Это проклятая земля! Бог не хочет, чтобы здесь жили люди; если бы он хотел, не такая была бы земля. Проклятая земля! Тьфу, тьфу!
И он начал плевать и топать ногами; сжав губы и стиснув кулаки, грозил ни в чем неповинной якутской земле, произнося в то же время какие-то еврейские проклятия. Наконец, истощенный и обессиленный, упал на стул возле меня.
Все вообще ссыльные, без различия религии и национальности, не любят Сибири; но фанатический хасид, как видно, не мог питать к ней половинную ненависть. Я ожидал, пока он успокоится. Воспитанный в суровой школе жизни, еврей скоро совладал со своим волнением, и когда я через минуту посмотрел ему вопросительно в глаза, он тотчас же ответил:
— Извините, я ни с кем об этом не говорю, да и с кем говорить!
— Разве здесь мало евреев?
— Какие это евреи? Они своего закона не исполняют...
Боясь, однако, нового взрыва, я не дал ему кончить, прервав его речь вопросом, о чем собственно он хотел со мной говорить?
— Я хотел бы знать, барин, что там слыхать? Я уже столько лет здесь и не знаю, что там делается.
— Твой вопрос довольно странен: ведь не могу же я сразу рассказать тебе обо всем; я не знаю, о чем ты хочешь от меня узнать. Может быть, о политических новостях?
Еврей молчал.
Думая, что он, как много других, интересуется политикой, не понимая самого названая ее, я начал стереотипный, благодаря многократным повторениям, рассказ о политическом состоянии Европы, России и т. д. Но еврей сделал нетерпеливое движение.
— Так это тебя не занимает? — спросил я.
— Я об этом никогда не думал, — отвечал он откровенно.
— Ну, я кажется, догадываюсь, о чем тебе хочется знать: вероятно, о том, каково теперь евреям, как идет торговля?
— Им лучше, чем мне.
— Верно. Значит, о том, какие цены на рынке, дорого ли мясо, мука и т. д.?
— Мне от этого мало пользы: ведь здесь ничего нельзя достать, как бы там все дешево ни было.
— Справедливо. Однако, что ж тебе нужно?
— Да я и сам не знаю, барин, как это сказать. Видите, я часто так думаю, так думаю, что иногда Ривка — это жена моя — спрашивает: что с тобою, Сруль? Что я ей могу сказать, когда я и сам не знаю, что со мной? А то, пожалуй, и люди стали бы надо мной смеяться, — прибавил он, испытующе взглянув на меня, как бы желая знать, не стану ли и я над ним смеяться.
Но я не смеялся. Мое любопытство было задето: очевидно, что-то мучило его, в чем он сам себе не мог дать отчета, а тем более высказать на языке, которым владел так плохо. Чтобы помочь ему в этом, я успокоил его, что работа моя не спешная, что и он не много потеряет, если поговорит со мной час-другой и т. п. Еврей поблагодарил меня взглядом, и после краткого размышления спросил:
— Вы давно выехали из Варшавы?
— В конце апреля старого стиля.
— Было ли тогда жарко или холодно?
— Совершенно тепло. Я ехал в летнем платье.
— Вот видите. А здесь морозы!
— А ты разве забыл, что у нас в апреле поля засеяны, деревья зелены?
— Зелены? — повторил он, и радость блеснула в его глазах; — да, да, зелены, а здесь морозы!
Теперь я уже знал, что ему нужно; однако, желая удостовериться, я молчал. Еврей видимо оживился.
— Расскажите мне, есть ли у нас теперь... забыл, как это называется, — говорил он в смущении, как будто знал когда-нибудь; — такое, знаете, белое, точно горох, летом возле домов растет в огородах, на таких больших палках?
— Фасоль?
— Она самая. Фасоль, фасоль, — повторил он несколько раз, как будто желая запечатлеть это слово навсегда в своей памяти.
— Конечно, есть, даже много; а здесь разве нет?
— Здесь? три года живу, а не видел ни одного зернышка, горох такой, что у нас, с позволения сказать, только... только...
— Свиньям дают, — подсказал я.
— Ну, да. Здесь фунтами продают, да и то не всегда можно достать.
— Ты так любишь фасоль?
— Не то, чтобы очень любил, а так; я думаю часто, как ото красиво выглядит — возле дома, точно лесок растет. Здесь ничего нет.
— А теперь скажите мне, — начал он опять: — есть ли у нас зимою вот такие, — он показал пальцем, — серые птички, забыл как они называются? Прежде их было много. Бывало, молюсь у окна, а этой мелюзги точно мурашей копошится. Тогда я на них не обращал внимания. Знаете, я никогда не поверил бы, что когда-нибудь буду думать о них. Здесь вороны, и те на зиму улетают, а уж этой мелочи где удержаться! но у нас, верно, они еще есть. Да, барин?
Но я не ответил ему; я не сомневался более, что старый фанатический хасид, также как и я, тоскует по родине, что мы оба больны одной болезнью. Встретив столь неожиданно товарища по несчастию, я был тронут. Я взял его за руку и в свой очередь спросил:
— Так вот о чем ты хотел узнать? Ты не думаешь о людях, о своей тяжелой участи, о нужде, которая гнетет тебя, но тоскуешь по солнцу, по воздуху родной земли? Ты думаешь о полях, лугах и лесах, о божьих жителях, которые их населяют и которых в течении твоей горемычной жизни ты не мог даже узнать хорошо? Теперь, когда дорогие образы исчезают из твоей памяти, ты боишься пустоты, которая тебя окружит, боишься одиночества, которое почувствуешь, утратив дорогие воспоминания? Хочешь, чтобы я припомнил их тебе, возобновил в твоей памяти, рассказал, как прекрасна наша земля?
— О, да, да! я затем сюда и пришел... И он сжимал мои руки и смеялся радостно, как ребенок.
— Ну, так слушай!
.........................................................................................................................................................
И Сруль, весь превратившись в слух, жадно поглощал мои слова. Полуоткрыв рот, устремив на меня глаза, он взглядом своим жег и возбуждал меня, исторгал слова, схватывал их и прятал глубоко на дне своего сердца, и когда я кончил рассказ, он застонал болезненно: «О, вей мир, о, вей мир!» его рыжая борода затряслась, и большие, прозрачные слезы покатились из глаз... И долго плакал старый хасид, а вместе с ним и я.
--------------
С того времени много воды утекло в холодной Лене, много слез человеческих скатилось по изможденным страданием лицам. Однако, до сих пор, хотя это было уже давно, в бессонную ночь, среди мертвой тишины, часто является предо мною величественный, с печатью страдания на челе, образ Балдыги, а рядом с ним пожелтевшее, покрытое морщинами лицо Сруля, облитое чистыми слезами. И часто, всматриваясь внимательнее в эти ночные видения, я вижу движение дрожащих, бледных губ, и слышу слабый, полный безнадежного отчаяния шепот: О, Иегова, за что ты так жесток к одному из вернейших сынов твоих?
Адам Шимановский.
[С. 165-175.]
Батия Вальдман
Переводы польских писателей в русско-еврейской периодике
второй половины XIX века
...В 12 номере журнала «Восход» за 1886 г. есть публикация Адама Шиманского Сруль из Любартова с подзаголовком Из недавних воспоминаний о Сибири [* В. Г. Короленко в книге История моего современника в главе XXII Моя поездка в Якутск. Польский писатель Шиманский пишет о встрече с польским писателем и упоминает рассказ Сруль из Любартова, где характерная для него тема тоски по родине — Польше «мастерски преломляется в душе еврея». Цитируется по электронной публикации: http://dugward.ru/library/korolenko/korolenko_istoria_moego_sovremennika4.html#a022 [1.09.2020].]. Интересно, что этот же очерк Шиманского был опубликован в «Одесском Вестнике» (1888, 139) и «Русском курьере» (1888, 127). Адам Шиманский (Шиманьский) (1852-1916), писатель, юрист и этнограф, за участие в польском национальном движении был сослан в ссылку в Сибирь. Здесь он изучал географию и этнографию Якутского края, стал членом Российского императорского географического общества. В Якутске он писал рассказы из жизни ссыльных поляков, «стал первым в польской беллетристике певцом Сибири» [* Б. С. Шостакович. Шиманьский (Шиманский) Адам // Историческая энциклопедия Сибири (в трех томах), http://irkipedia.ru/content/shimanskiy_shimanskiy_adam_istoricheskaya_enciklopediya_sibiri_2009 [25.04.2020].]. Сруль из Любартова — один из «сибирских» рассказов — написан в 1885 г. Сруль — польский еврей из Любартова, недалеко от Люблина. Он уже 3 года в Сибири, и, узнав, что в Якутске появился поляк из Варшавы, пришел к Шиманскому поговорить. Видно было, как его переполняет тоска по родной земле, ее полям и лугам, на его измученном лице даже выступили слезы...
[С. 110-111.]
СРУЛЬ ИЗ ЛЮБАРТОВА.
Эскиз Адама Шиманского.
(Перевод с польского).
Это было в... впрочем, дело не в годе, достаточно сказать, что это было в Якутске, в начале ноября, через несколько месяцев после моего приезда в эту столицу страны холода.
Спиртовой тепломер Реомюра показывал 35 градусов холода. Поэтому я не без страха помышлял о судьбе, ожидающей мои уши и нос, которые, прибыв недавно с запада и раньше самым чувствительным для меня образом проявляли свой протест против принудительной акклиматизации, а сегодня должны были подвергнуться особенно продолжительному испытанию. Этот искус мне грозил потому, что дня два тому назад в местной больнице умер один из членов нашей колони, Петр Балдыга И сегодня утром мы должны были отдать ему последний долг: сложить в замерзшей земле его издохшие кости.
Я ждал только одного из знакомых, который хотел уведомить меня о времени похорон; ожидать пришлось недолго, и вот, закрыв постарательнее нос и уши, я поспешил за остальными к госпиталю.
Больница находилась за городом.
На дворе, несколько поодаль от других строений, стоял небольшой сарай — мертвецкая.
В этой - то мертвецкой лежало тело Балдыги. Двери открылись; мы вошли, и представившаяся нашим глазам картина произвела неприятное впечатление на нашу горсточку. Нас было человек десять, не больше двадцати, и все мы невольно взглянули друг на друга: мы стояли прямо перед нагою и холодною действительностью, не прикрытою никаким фиговым листком... В сарае, в котором не было видно ни стола, ни скамеек, ничего, кроме стен, белых от снега, на полу, покрытом снежной пеленой, лежал такой же белый, завернутый в какую-то простыню или рубашку, огромный, усатый труп. Это был Балдыга.
Тело страшно промерзло. Чтобы удобнее было вложить его в приготовленный гроб, его придвинули к двери, поближе к свету.
Никогда я не забуду лица Балдыги, которое увидел теперь при дневном свете, очищенным от снега. На суровых чертах лица лежала печать невыразимого страдания, а широко открытые глаза с большими зрачками, казалось с укором смотрели высоко, высоко, в морозное суровое небо.
— Покойный был дельный парень, — рассказывал мне между тем один из соседей, заметив впечатление, какое произвел на меня вид Балдыги, — всегда он был здоров и деятелен, так что около него постоянно находил себе поддержку и защиту кто-либо из беднейших; только и упрям же он был! До конца верил, что когда-нибудь вернется под Нарев. Очевидно, однако, перед смертью он понял, что этому не бывать.
Тем временем окаменелые останки положили в гроб, поставили на небольшие, одноконные якутские санки и, когда портниха В., исполнявшая в данном случае, в качестве знатока религиозных обрядов, обязанности ксендза, затянула звонко: «Навещай меня, Царица неба, и в горе, и в радости», мы, поддерживая ее нестройными голосами, двинулись на кладбище.
Мы двигались быстро, ибо мороз усиливался и заставлял спешить. Вот наконец мы и на кладбище, бросаем на гроб по комку замерзшей земли, несколько ударов заступом... и через минуту только небольшая, свеженасыпанная кучка земли свидетельствует о недавнем еще существовании на свете Балдыги. Однако и она будет свидетельствовать не долго, не больше нескольких месяцев; придет весна, и обогретая солнцем могильная насыпь растает, сравняется с землею, порастет травою и цветами; через год, другой умрут или разойдутся по широкому свету свидетели похорон и хотя бы родная мать стала искать могилы, не найдет ее никогда!
Но и искать тебя тут никто не станет, и собаки не найдется, которая бы о тебе вспомнила.
Знал это Балдыга, знали и мы, и в молчании разошлись по домам.
* * *
На другой день после похорон мороз все крепчал. Через довольно узкую улицу, на которой я квартировал, нельзя было рассмотреть ни одного строения на другой стороне: густая мгла снежных кристаллов, как туча, нависла над землею. Из за этой мглы не видно было солнца; но, хотя на улице не было ни души, ветер, постоянно доносил до моих ушей то металлический звук скрипящего под чьими-то неизвестными санями снега, то гул от трескающихся в стенах домов толстых бревен, или широко расседающейся земли, то похожий на стон, жалобный напев якута. Очевидно, начинались те якутские морозы, перед которыми бледнеет всякое воображение, с наступлением которых какой-то таинственный ужас охватывает человека, и каждый живой организм, чувствуя свое полное бессилие и немощь, хотя и собирает все силы и съеживается, как жалкая дворняжка, окруженная стаей меделянок, но понимает все-таки, что все это напрасно, что неутомимый враг рано или поздно победит.
И Балдыга, как наяву, все чаще носился перед моими глазами. Около часу уже я сидел за работой; но работа как-то не клеилась, перо выпадало из рук, и непослушная мысль уносила меня далеко за пределы снежной и морозной страны. Напрасно я прибегал к помощи рассудка, напрасно в десятый раз повторял себе советы доктора; до этой минуты я давал кое-какой отпор снедавшей меня в течении нескольких недель болезни, сегодня — чувствовал себя совершенно изнеможенным и бессильным. Тоска по родине жгла мою душу, иссушала мой мозг.
Столько раз раньше я не в силах был противиться обольстительным мечтам, неужели сегодня у меня хватит мужества устоять против соблазна? И соблазн был сильнее обыкновенного, и я сам чувствовал необыкновенную слабость.
И так, прочь морозы и снег, прочь холодная якутская действительность! Я бросил перо и, окруженный облаками табачного дыма, дал полную волю разгоряченному воображению.
И своевольная фантазия показала всю свою необузданную силу!..
Через тайги и степи, через горы и реки, через неизмеримые пространства и бесчисленные многолюдные страны, мысль унесла меня на далекий запад, раскрывая передо мною настоящие чудеса: свободные от нищеты и людской злобы, прекрасные и полные гармонии мои надбужские нивы. Теперь я не в состоянии ни рассказать, ни описать всех этих очаровательных видений!
Я видел золотистые поля, смарагдовые луга, дремучие леса, нашептывающие мне о старине.
Я слышал шум разбегающейся волнами желтой нивы, пение крылатых певцов, говор могучих дубов, гордо смеющихся над пробегающим вихрем.
И я упивался благоуханием этих бальзамических лесов и цветущих полей, усеянных девственно свежим голубым чертополохом и красою весны — невинными фиалками.
Каждый мой нерв чувствовал прикосновение воздуха родины... Я ощущал живительное действие солнечных лучей, и хотя на улице мороз скрежетал еще яростнее и все грознее точил на оконных рамах свои зубы, не смотря на то, кровь быстрее стала вращаться в моих жилах, голова запылала и, как очарованный, засмотревшись и заслушавшись, я уже ничего вокруг себя не видел, не слышал и не замечал...
* * *
Я не видел и не слышал, как отворились двери и кто-то вошел ко мне; я не заметил облаков пара, врывающегося здесь за каждым раскрытием двери в таком количестве, что сразу и не рассмотришь входящего; я не ощущал холода, который здесь врывается с какою-то нахальною назойливостью во всякое человеческое жилище; я ничего не видел и не слышал и только тогда наконец, когда почувствовал около себя человека, раньше чем заметил его, невольно обратился к нему с обычным в Якутске вопросом:
— Тох надо? (чего нужно).
— Это я, прошу прощения, торгую мелочью, — зазвучал ответ.
Я поднял глаза. Я не сомневался, что предо мною стоит настоящий местечковый польский типичный еврей, хотя он и преобразовался несколько, одевшись в звериные и оленьи шкуры. Кому случалось видеть еврея в Лосицах или Сарнаках, тот узнает его не только в якутских, но и в патагонских шкурах. Я признал его сразу. А так как, вопрос свой я бросил ему, еще не вполне придя в себя, почти бессознательно, то еврей, стоявший теперь передо мной, не нарушил и не прервал резко нити моих размышлений. Напротив. С некоторым удовольствием начал я всматриваться в знакомые черты; появление еврея в ту минуту, когда я мыслью и сердцем перенесся в родную землю, показалось мне довольно естественным, а несколько произнесенных им польских слов приятно ласкали ухо. И вот, в некоторой забывчивости, я дружелюбно присматривался к нему.
Еврей постоял немного, потом отвернулся, бросился назад к дверям и поспешно начал сбрасывать с себя различную верхнюю одежду.
Тогда, наконец, я пришел в себя и заметил, что ничего не ответил на его слова, и что сметливый соотечественник, поняв мое молчание самым превратным образом, и хочет разложить свой товар. Я поспешил вывести его из заблуждения.
— Побойся Бога, что ты делаешь? — закричал я живо. — Я ничего не покупаю, мне ничего не нужно, не раскладывайся напрасно и иди с Богом дальше!
Еврей перестал раздеваться и, подумавши минутку, таща за собою наполовину снятую доху, приблизился ко мне и прерывающимся голосом, торопливо и нескладно принялся беседовать со мной.
— Ничего; я знаю, что вы ничего не купите. Видите ли, я тут давно, очень давно... Я до сих пор не знаю, что вы приехали сюда. Вы будете из Варшавы? Вчера только мне сказали, что вы тут живете уже четыре месяца. Как жаль, что я так поздно узнал об этом! Я бы сейчас пришел. Сегодня я целый час разыскивал вас; был даже в конце города, а мороз такой, черт его возьми!.. Прошу прощения, я долго не задержу, только несколько слов...
— Чего же вы хотите от меня?
— Я бы хотел только немного поговорить с вами.
Ответ нисколько не удивил меня; я встречал немало людей, приходивших ко мне только из-за того, чтобы поговорить немножко с человеком, недавно прибывшим из края; попадались между такими посетителями и евреи. Предметы бесед были чрезвычайно разнообразны: одни заходили из простого любопытства и желания поболтать, другие справлялись только о родных, случались и политики, между которыми у многих положительно ум заходил за разум. В общем, однако, между посетителями наибольшим почетом и уважением пользовалась политика. Поэтому меня не удивило, повторяю, желание нового гостя и хотя я был бы очень рад поскорее избавить свою комнату от неприятного запаха дохи, сшитой из дурно выделанных шкур, я вежливо предложил ему раздеться и присесть.
Еврей, видимо, успокоенный, через минуту сидел уже около меня, и теперь я ближе мог присмотреться к нему.
Все обычные черты еврейского племени, казалось, воплотились в сидящей возле меня фигуре: и большой, толстый, искривленный несколько нос, и пронзительные, ястребиные глаза, и бородка клином, цвета перезревшего огурца, и, наконец, низкий лоб, окаймленный шапкою грубых волос, — все это было у моего гостя, но, странная вещь, все это, разом взятое, быть может, сглаженное выражением осунувшегося лица, дышавшего прямотою и приветливостью, не произвело на меня в эту минуту неприятного впечатления.
— Расскажи, откуда ты, как тебя зовут, что теперь делаешь и о чем хочешь осведомиться у меня?
— Я Сруль из Любартова, может знаете, — это сейчас около Люблина; ну, потому у нас все думают, что это очень далеко, и я так раньше думал, но теперь, — добавил он с ударением, — мы знаем, что Любартов очень близко от Люблина, сейчас около него.
— И давно ты здесь?
— Очень давно, без малого три года.
— Это еще не очень давно, есть такие, что живут тут больше двадцати лет, а по дороге я встретил старичка из Вильны, который проживает здесь почти 50 лет, вот это давно. Но еврей огрызнулся:
— Как там они, не знаю, зато хорошо знаю, что я тут очень давно.
— Вероятно ты одинок, если для тебя время идет так медленно.
— И с женой и с ребенком, с дочкой; у меня было четверо детей, как я шел сюда, но дорога такая, просто напасть, и шли мы целый год; вы не знаете, что такое этапы?.. Трое детей сразу умерли, в одну неделю, как бы сразу. Трое детей?! легко сказать... даже похоронить негде было, потому что там нет нашего кладбища... Я хасид, — прибавил он тише, — знаете, что это значит... соблюдаю строго закон... и Бог так тяжко карает меня...
Он умолк взволнованный.
— Мой милый, в таком положении трудно думать об этом, ведь в сущности это все равно, земля всюду божья, — старался я хоть несколько утешить его, но еврей вскочил, словно ошпаренный.
— Божья! какая Божья! Что вы говорите? Эта собачья земля! Тьфу, тьфу! Божья земля? Не говорите так, постыдитесь! Божья земля, что никогда не отмерзает? Эта проклятая земля! Бог не хочет, чтобы тут жили люди; если бы он хотел, земля не была бы такою. Проклятая, подлая! Тьфу! тьфу!
Он принялся плевать и топать ногами; со стиснутыми зубами, с скорченными конвульсивно пальцами он грозил невинной якутской земле, шептал какие-то еврейские проклятия, пока, измученный напряжением, не упал на скамейку возле меня.
Все ссыльные, без различия народности и религии, не любят Сибири; очевидно, однако, фанатичный хасид не умел ненавидеть вполовину. Я ждал, пока он успокоится. Воспитанный в суровой школе, он пришел в себя, справился с овладевшим было им возбуждением, и когда я через минуту вопросительно взглянул на него, тотчас ответил:
— Не взыщите с меня... Мне ни с кем не приходится поговорить об этом, да и с кем тут толковать?
— Разве тут мало евреев?
— Какие это евреи? Такие, как и здешний народ... никто не придерживается закона...
Опасаясь новой вспышки, я не дал ему кончить, решился сократить беседу и прямо спросил, о чем он собирался поговорить со мною.
— Я хотел бы узнать, что слышно нового? Столько лет я здесь и никогда не слышал, что там делается.
— Странный вопрос, не могу же я сразу обо всем рассказать тебе; не знаю, что тебя интересует, может быть, политика?
Еврей молчал.
Думая, что гость мой, как и много других, интересуется политикой, не умея назвать предмета, и начал стереотипный для меня, вследствие неоднократных повторений, рассказ о политическом положении Европы, нашем и т. д. Но еврей нетерпеливо заерзал.
—Так это тебя не интересует?
— Никогда я об этом не думал, — ответил он решительно.
— А! теперь знаю, в чем дело. Верно хочешь знать, как везет евреям, как идете торговля?
— Им лучше, чем мне.
— Верно. В таком случае верно хочешь знать, так ли дорога у нас жизнь, как прежде, какие стоят цены, почем мука, мясо и т.д.
— Что мне с того, если тут ничего не достанешь, как там ни дешево.
— Совершенно верно; но о чем же, наконец, ты спрашиваешь?
— Когда я не умею, как это сказать. Видите ли, я часто так задумываюсь, что даже Ривка, моя жена, спрашивает: «Сруль, что с тобой?», А как я ей скажу, когда и сам не знаю, что со мной делается. Пожалуй, и люди стали бы смеяться, если бы я стал рассказывать? добавил он вопросительно, как бы желая узнать, не смеюсь ли и я над ним.
Но я не смеялся. Я был заинтригован: видимо, его что-то угнетало, в чем он сам себе не мог отдать отчета, а высказать, что на языке, которым он владел очень слабо, было еще труднее. Чтобы помочь ему, я успокоил его, что работа у меня неспешная, что я ничего не потеряю, если поговорю с ним какой-нибудь часок, и т.д. Еврей поблагодарил меня взглядом, и, после краткого размышления, начал:
— Когда вы выехали из Варшавы?
— По русскому календарю в конце апреля.
— Тепло тогда было или холодно?
— Тепло, очень тепло... Я сначала ехал в летнем костюме.
— Ну, смотрите! А тут мороз!
— Или ты забыл, ведь у нас в апреле поля уже засеяны и все деревья в зелени.
— Зелены? — радость блеснула в глазах Сруля, — а, правда, ведь, зелены, а тут морозцы!
Теперь я понял, что его интересует; желая, однако, удостовериться, я молчал, еврей видимо оживился.
— Ну, скажите же мне, есть ли теперь у нас... только видите ли не знаю как называется по-польски — объяснял он в смущеньи, как будто и впрямь когда-нибудь знал — такое белое, словно горох, только не горох, около домов летом в огороде, на таких великих киях?..
— Фасоль?
— Именно так! Фасоль, Фасоль — повторил он несколько раз, как бы желая навсегда затвердить это слово.
— Разумеется, есть, и очень много, а тут неужто нет?
— Тут! Целых три года и не видел ни одного зернышка; горох и то такой, что у нас, с позволения сказать только... только...
— Едят свиньи — подсказал я.
— Ну, так! Тут продают на фунты, и то не всегда достать.
— Разве ты так любишь фасоль?
— Не то чтобы любил, но только так себе часто думаю о том, как это красиво, точно лесок возле дома. Тут нет ровно ничего такого!
— А теперь, — начал он снова, — теперь скажите мне, прилетают ли у нас зимою такие маленькие, вот такие — он показывал на пальцах — такие серые птички? Тоже не помню, как называют. Прежде их было много! Бывало, молюсь возле окна, а этой мелюзги наберется, словно муравьев. Но, и кто там станет смотреть на них? Знаете, я бы никогда не поверил, что стану вспоминать об них?! Потому что тут, тут даже вороны улетают на зиму, тем более такие малютки, но у нас верно они держатся? Ну, что, прилетают?..
Но теперь я не отвечал ему, не сомневаясь более, что старый еврей, фанатичный хасид, тосковал по родине точно так же, как и я, что оба мы больны одною болезнью; такая неожиданная встреча с товарищем по печали сильно тронула меня; я взял его за руку и в свою очередь спросил:
— Так вот о чем ты хотел поговорить со мной? Так ты задумываешься о людях, о их тяжкой доле, о горе, которое угнетает их, и сам тоскуешь по солнцу, воздуху и родной земле?.. Ты мечтаешь о родных полях, лугах и лесах, о их смиренных обитателях, которых ты в свое время и не знал хорошенько, а теперь, когда милые образы воскресают в твоей памяти, ты боишься той пустоты, которая тебя окружает, того сиротливого одиночества, которое тебя охватит, когда от времени сотрутся в памяти следы прошлого? Хочешь, чтобы я напомнил тебе о них, осветил, хочешь, чтобы я рассказал тебе о нашей милой родине?..
— Вот, вот, именно! Для этого я и пришел... он жал мне руку и смеялся по детски, радостно.
— Слушай же, братец!..
......................................................................................................................................................
И Сруль слушал меня, весь превратившись в слух, с открытым ртом, с остановившимся на мне взором. Этим взглядом он обжигал меня а воодушевлял, подхватывал мои слова, и они глубоко проникали в его сердце... Когда я кончил, раздалось горестное «о, вей мир, о, вей мир, горе мне!» его русая борода затряслась и крупные слезы покатились по исхудавшему лицу... И долго плакал старый хасид, — и я с ним.
* * *
Много воды утекло с тех пор в холодной Лене и не мало, конечно, пролили слез скорбящие люди. До сих пор, однако, хотя это было давно, в ночной тиши, во время бессонницы, часто передо мной восстает окаменелое, отмеченное печатью великого страдания лицо Балдыги и возле него всегда пожелтевшее и сморщенное, облитое чистыми слезами лицо Сруля. И мне не раз чудится, что эти ночные видения шепчут укоры несправедливой судьбе...
[С. 1-2.]
Из «недавних воспоминаний»
СРУЛЬ ИЗ ЛЮБАРТОВА.
Адма Шимонского.
(Перевод с польского).
Было это в Якутске, в начале ноября, чрез несколько месяцев по моем прибытии в эту столицу морозов. Спиртовой термометр реомюра показывал 35° холода. По другой стороне узкой улицы, на которой я жил, не было видно ни одного дома: густая мгла снежных кристаллов, как туча, нависла над землею. Этот туман застилал собою свет солнца. Хотя на улице не было ни одной живой души, но в воздухе, чрезмерно сгущенном от холода, слышались то металлические звуки скрипящего снега и гул трескающейся земли широкими щелями, то раздавались звуки жалостной песни якута, подобной стону...
Очевидно, начинались те якутские морозы, в сравнении с которыми бледнеют полярные холода; в это время какой-то невыразимый страх овладевает человеком. Все живое, чуя свое бессилие, жмется, как захудалый пес, окруженный стаей злых бульдогов, хорошо зная, что все это напрасно, что, рано или поздно, неумолимый враг победит...
Почти час уже сидел я над работою, лежавшею предо мною, но работа не клеилась; перо само выпадало из рук, и непослушная мысль летела далеко, за границы этой снежной и холодной страны... Напрасно взывал я к своему рассудку, напрасно повторял себе в десятый раз советы доктора... До сих пор я, кое-как, боролся с ностальгией, овладевшей мною несколько недель назад, но сегодня чувствовал себя разбитым и бессильным. Тоска по родине пожирала меня и беспощадно угнетала. Сегодня менее, чем когда либо я мог бороться с нею потому, что соблазн был сильнее, а я слабее, чем обыкновенно... Прочь морозы и снега, прочь якутская действительность! Я бросил перо и, окруженный клубами табачного дыма, дал волю своей разгоряченной фантазии... И понеслась же она, своенравная!..
Чрез тайги и степи, горы и реки, чрез царства и бесчисленные земли устремилась парящая мысль на далекий запад, развертывая предо мною чарующие картины моей родины, над Бугом, полные прелести и гармонии, с отсутствием злобы и нужды человеческой. Устам моим не рассказать, перу не описать этих чудных чар!.. Я видел золотистые хлебные нивы, изумрудные луга, вековые леса, шептавшие мне речи о давней старине... Я слышал шум волнующегося моря колосьев, воркованье крылатых божьих певцов, говор дубов-гигантов, гордо выставлявших свое чело вихрю. Я упивался ароматом бальзамических лесов и наслаждался красотою наших мазовецких полей...
Каждый мой нерв ощущал дуновение родного воздуха. Я чувствовал животворное действие солнечных лучей, и, хотя на дворе мороз свирепел и все больше оскаливал свои зубы на моих окнах, однако кровь кипела в моих жилах, сжигала мою голову, и я, как заколдованный, заглядевшийся и задумавшийся, не видел и не слышал ничего вокруг себя...
Я не видел и не слышал, как отворилась дверь и кто-то вошел ко мне, не заметил клубов пара, врывавшегося в таком количестве, что сразу нельзя не разглядеть вошедшего, не чувствовал холода, охватившего меня. Все это не существовало для меня до тех пор, пока не ощутил человека вблизи себя, и невольно кинул ему обычный в Якутске вопрос:
— Тох надо? (Что надо?)
— Это я, прошу извинить, мелочью торгую — прозвучал ответ на польском языке.
Я поднял глаза... Не смотря на одежду из оленьих и скотских шкур, одевавшую вошедшего, я не сомневался, что предо мною стоит типический «маломестечковый» польский еврей. Кто видел его в лосицах или сарнаках, тот узнает его не только в якутских, но и патагонских шкурах. Узнал и я сразу. Так как я кинул ему свой вопрос почти бессознательно, и еврей не прерывал моих мечтаний обращением к действительности, то он и не представлял собою неприятного контраста моим чарам. Напротив, я с большим удовольствием вглядывался в знакомые мне черты. Появление еврея в ту минуту, когда я сердцем и мыслью перенесся в родную страну, казалось мне вполне естественным, а два-три польских слова приятно ласкали мой слух. Продолжая оставаться в том же забвении, я молчал, смотрел на него.
Еврей подождал немного, затем отвернулся, отошел к двери и стал поспешно раздеваться. Тогда только я очнулся и вспомнил, что не ответил ему, и опасаясь, что мой догадливый земляк ошибочно объяснит мое молчание и, пожалуй, сейчас разложит свой товар, я поспешил вывесть его из заблуждения:
— Побойся Бога, что ты делаешь? — вскричал я — я ничего не куплю, мне ничего не надо. Не раздевайся напрасно и иди с Богом дальше.
Еврей перестал раздеваться, подумал с минуту, и, волоча за собою, на половину снятую доху, приблизился ко мне и прерывающимся голосом, быстро и путаясь заговорил:
— Это ничего... Я знаю, что пан ничего не купит... Видите, я здесь давно, очень давно живу... Я до сих пор не знал о вашем прибытии. Вероятно, из Варшавы? Вчера только сказали мне, что вы здесь живете уже четыре месяца. Какое несчастье, что так поздно узнал! Я сейчас пришел бы... Сегодня я искал вас целый час, был аж на другом конце города. Мороз такой, чтоб его черт взял!.. Позвольте мне... Я не буду вам долго мешать... несколько слов только ?..
— Чего же ты хочешь от меня?
— Я хотел бы только поговорить с паном немного...
Этот ответ не удивил меня. Я часто видел здесь людей разных классов, приходивших ко мне единственно затем, чтобы «поговорить немного» с человеком, недавно прибывшим с родной стороны. Посетители мои интересовались самыми разнообразными предметами: бывали просто — любопытные и болтуны, бывали такие, что спрашивали о своих родных, бывали и политики, между которыми не у одного в голове понятия перемешались. Вообще политика у моих посетителей пользовалась наибольшим уважением. Не удивила меня и теперь просьба нового гостя, и хотя я желал бы поскорее освободить мое жилище от неприятного запаха дурно выделанных шкур, но гостеприимно попросил его раздеться и сесть.
Еврей, очевидно обрадованный, чрез минуту уже сидел около меня, и я мог теперь лучше рассмотреть его.
Он обладал самыми обыкновенными чертами иудейского племени: толстый, длинный нос, немного скривленный на бок, проницательные ястребиные глаза, клинообразная борода, цвета спелого огурца и, наконец, низкий лоб, обрамленный толстыми волосами — всем этим владел мой гость, но — странное дело! — все эго вместе взятое, быть может, скрашенное выражением исхудалого лица, одушевленное искренностью и приветливостью, не произвело на меня дурного впечатления.
— Скажи мне: откуда ты, как тебя зовут, чем занимаешься и что хочешь узнать от меня?
— Я, извините меня, Сруль из Любартова. Может быть, вы знаете, это — возле Люблина. Ведь, у нас все думают, что Люблин далеко от Любартова. Прежде и я так думал, но теперь — прибавил он с ударением — мы знаем, что Люблин очень близко стоит оттуда. Сейчас же около него...
— А давно ты здесь живешь?
— Очень давно: три года без малого.
— Ну, это еще не очень давно. Здесь есть такие, что живут по 20 лет, а в дороге мне встретился старик, который живет в Сибири около 50 лет.
Еврей досадливо возразил:
— Как они — я не знаю про то, а знаю, что я живу здесь очень давно.
— Вероятно, ты сам здесь, если время идет так долго для тебя?
— Нет, с женою, ребенком и дочкою. У меня было четверо детей, когда я шел сюда, но путешествие было такое... сохрани Бог! Мы шли целый год. Вы не знаете, что такое этап?.. Трое детей моих умерло в течение одной недели. Трое детей?!.. Легко сказать! Негде было погребсти их, потому что нашего кладбища нет там... Я — хасид — прибавил он тише — вы знаете, что это значит... закон соблюдаем... И Бог так карает меня!..
Он умолк взволнованный.
— В таком положении, мой милый, трудно о том думать; ведь все равно, земля Божья везде одинакова — старался я хоть сколько-нибудь утешить его, но еврей вскочил, как обожженный.
— Божья! какая Божья, что вы говорите?.. Эта земля — собачья... Тьфу, тьфу! Божья земля! Не говорите так, стыдно вам. Божья земля, которая никогда не оттаивает? Эта земля — проклятая! Бог не хочет, чтоб люди здесь жили. Если бы он хотел этого, она не была бы такая. Проклятая, подлая! Тьфу, тьфу!..
Он плевал и топал ногами. Скорченными пальцами он грозил невинной якутской земле, шепча какие-то еврейские проклятья, пока, утомленный нервным возбуждением, не сел, или, лучше сказать, упал на стул, возле меня.
Все ссыльные, без различия национальности и религии, не любить Сибири. Видно было, что фанатичный хасид не умел ненавидеть в половину. Я ждал, пока он успокоится. Воспитанный строгою школой, еврей скоро подавил волнение, овладел собою и, когда спустя минуту, я взглянул на него вопросительно, он отвечал на этот взгляд:
— Простите меня. Я ни с кем не говорю об этом, потому что здесь не с кем и говорить.
— Мало здесь евреев?
— Да разве это евреи? Такие евреи, как здешние!.. Никто из них закона не соблюдает...
Боясь нового взрыва чувств, я не дал моему гостю кончить речь, решил сократить разговор и спросил его о чем он хотел говорит со мною.
— Я хотел бы знать, что там слышно... Столько лет я здесь живу и не знаю, что там делается...
— Но, ведь, ты спрашиваешь меня странно; не могу же я тебе сразу обо всем рассказать. Я не знаю, что тебя интересует; быть может, политика?
Еврей молчал.
Предполагая, что он, как и другие, интересуется политикою, не понимая самого названия ее, я начал повторять уже привычную для меня речь о политическом положении Европы, нашем и т. д., но еврей нетерпеливо повернулся на стуле.
— Тебя не интересует политика?
— Никогда не думал я о ней — отвечал он откровенно.
— А! Теперь я знаю чего тебе хочется: ты хочешь знать, как живется там евреям, как торговля идет?
— Им лучше живется, чем мне.
— Справедливо. В таком случае ты, может быть, хочешь знать, дорога ли теперь жизнь у нас, какие цены на базарах, что стоит мука, мясо и проч.?
— Какая мне польза оттого, когда здесь ничего нельзя достать, хотя бы оно там было и очень дешево.
— Еще справедливее. Но, наконец, чего же ты хочешь?
— Когда я не знаю, извините меня, как это выразить... Видите ли, часто я думаю, думаю, задумаюсь так глубоко, что моя Ривка (так зовут мою жену) спрашивает: «Что с тобою, Сруль»?
— Но, что же я могу сказать ей, когда сам не знаю, что со мною... Может быть, люди смеялись бы надо мною?.. прибавил он, как бы выпытывая, не буду ли я смеяться. Но я не смеялся, а был очень заинтересован: очевидно было, что его угнетало что-то, чего он сам не умел понять, и выражение чего, на языке, которым плохо владел, было еще труднее для него. Желая помочь ему, я успокоил его, чтоб он не спешил, что моя работа не срочная, и я ничего не потеряю, если поболтаю с ним лишний час и т. д.
Еврей поблагодарил меня взором и, подумавши немного, спросил:
— Когда пан выехал из Варшавы?
— По русскому календарю, в начале апреля.
— А холодно там было тогда?
— Совсем тепло. Я ехал сначала в летнем платье.
— Скажите! А здесь мороз.
— Да разве ты забыл, что в апреле поля у нас уже засеяны и все деревья — зеленые.
— Зеленые?! — радость блеснула во взоре Сруля — так, так... зеленые, а здесь мороз...
Я начинал понимать, что нужно моему гостю. Он видимо оживился.
— Ну! скажите, есть ли у нас теперь... только, видите ли, я не знаю, забыл, как это называется по-польски — объяснял он, как бы стыдясь своего незнания — такие белые, как горох, но не горох... возле домов в огородах летом растет... на таких высоких палках?..
— Фасоль?
— Вот именно! Фасоль, Фасоль... повторял он это слово многократно, как бы хотел запечатлеть его навсегда.
— Разумеется, есть и очень много; а здесь нет?
— Здесь?! Без малого три года ни одного зерна не видел. Здесь горох такой, что у нас, извините только... только...
— Свиньи едят — подсказал ему.
— Ну да! здесь на фунты продают его, да и то не всегда достать можно.
— Ты так любишь фасоль?
— Не то, что люблю, но часто думаю о том: как это хорошо, когда она, как лесок, растет около дома. Здесь ничего такого нет...
А теперь — начал он снова — скажите мне, есть ли у нас такие маленькие, вот этакие — показывал он пальцами — серые такие птички? Тоже забыл, как называется по-польски. Давно уж то было! Бывало молишься Богу возле окна, а этой мелкоты, как муравьев насбирается... Ну, кто бы там замечал их, и я никогда не поверил бы, что о них буду когда-нибудь думать!.. Отсюда вороны улетают на зиму, а то уж такие малютки тем более не могут выдержать; но у нас, конечно, они живут? Да, есть?..
Я не отвечал ему. Несомненно было, что старый еврей, фанатичный хасид, тосковал по родине также, как и я, что оба мы были больны одною болезнью. Такая неожиданная находка товарища по страданию сильно растрогала меня. Я взял его руку и сам, в свою очередь, спрашивал его:
— Так ты об этом хотел говорить со мною? Ты не думаешь о своей участи, о несчастье, тебя постигшем, ты тоскуешь по воздуху и солнцу родной земли? Мечтаешь о полях, лесах и лугах, об их Божьих жителях, которых в своей бедной жизни не успел даже узнать хорошо, а теперь, когда милые образы исчезают из твоей памяти, ты боишься пустоты, которая наступить тогда, сиротства, когда иссякнут дорогие воспоминания? Ты хочешь, чтоб я припомнил, освежил их в твоей памяти, ты хочешь, чтоб я рассказал тебе о нашей стране?..
— Так, так! Затем я и пришел — и он сжимал мою руку и радостно смеялся, как дитя...
— Слушай же, брат мой...
...............................................................................................................................................
И слушал меня Сруль, весь превратившись в слух, с открытыми устами и вперенным в меня взором. Этим взором он жег меня и возбуждал, вырывал у меня слова, жадно хватал их и клал глубоко, на дне своего горячего сердца... Именно там они ложились, я не сомневаюсь.
Когда я кончил свой рассказ, еврей болезненно застонал: «О, вей мир! Вей мир»!.. Его борода затряслась, и обильные слезы потекли по его челу. Долго рыдал старый хасид, и я плакал вместе с ним...
* * *
Много воды утекло с того времени в холодной Лене, и слез людских не мало пролито. До сих пор однако, в ночной тиши, в бессонную ночь, встает предо мной желтое и сморщенное, облитое чистыми слезами, лицо Сруля; и когда вглядываюсь дольше в это ночное виденье, мне кажется, что я вижу, как двигаются дрожащие, бледные губы еврея, и тихий голос его шепчет: «О, Иегова, зачем ты такой немилосердный для одного из вернейших твоих сынов»?!..
Л. Ж.
[С. 1.]
СРУЛЬ ИЗ ЛЮБАРТОВА.
Адама Шиманьского.
(Перевод с польского).
Было это в году.... но год ничего не значит, довольно того, что было в Якутске после нескольких лет моего приезда в эту страну морозов. Спиртовой термометр Реомюра показывал 35 градусов холода. Со страхом я думал о предстоящей судьбе моего носа и ушей, которые, как недавно привезенные с запада, до сих пор всегда ощутительно для меня выражали свой тихий протест против принудительной акклиматизации, сегодня же должны были быть выставлены на очень долговременное испытание. Угрожало им это испытание, так как два дня тому назад в местном госпитале умер один из нашей колони, курп, Петр Балдыга, и сегодня утром мы должны были отдать ему последнюю дань: опустить его кости в промерзшую землю. Я надеялся только на одного из своих знакомых, который хотел уведомить меня о времени погребения; я ждал недолго и, защитив весьма старательно нос и уши, поспешил за другими к госпиталю. Госпиталь был за городом. На дворе, немного поодаль от других построек, стояла небольшой сарай — мертвецкая, В ней-то лежало тело Балдыги. Двери были раскрыты; мы вошли и безобразная внутренность мертвецкой поразила всю нашу горсточку; нас было с десяток, а, может, и больше, и все мы невольно смотрели друг на друга: стояли мы вокруг холодной и нагой действительности, не прикрытой, для вида, каким-либо рубищем.... В сарае не имеется ни стола, ни стула, ничего, кроме стен, убеленных снежным инеем, на полу, занесенном снегом, лежал также убеленный, завернутый в какую-то простыню или рубаху, огромный усопший труп. Это был Балдыга. Тело ужасно замерзло и чтобы легче было вложить его в приготовленный уже гроб, подвинули его к двери, к свету. Никогда не забуду лица Балдыги, которое, будучи очищено от снега, смотрело теперь на дневной свет. Суровый облик отмечен был каким-то удивительным, неописуемым страданием, а из широко раскрытых глаз большие зрачки с укоризной смотрели далеко в морозное небо.
— Умер прекрасный хлоп, сказал мне в это время один из соседей, видя, какое впечатление произвел на меня вид Балдыги. Всегда был здоров и работящ, всегда привлекал и принимал кого-нибудь из самых бедных, но за то и упрям был, как курп, до конца верил, что вернется на Нарев. Пред смертью, очевидно, понял, что там не будет.
Тем временем положили останки в гроб, поставили на маленькие одноконные якутские санки и когда портниха N, исполнявшая в данном случае, как сведущая в религиозной практике, обязанности ксендза, начала петь далеко раздававшимся голосом: «Приветствуй, Царь неба и земли, в горе и радости», мы, поддерживая ее прерывающимися голосами, направились к кладбищу.
Мы шли скоро, мороз крепчал и побуждал спешить. Наконец, мы на кладбище, бросаем по комку замерзшей земли на гроб, более десятка искусных ударов заступа... и через минуту маленькая, только что насыпанная кучка земли скажет о недавнем еще существовании на свете Балдыги. Но говорить об этом будем недолго, едва несколько месяцев; пройдет весна, согретая солнцем могильная насыпь растает, сравняется с землей, обрастет травой и куколью, через год-два умрут или разбредутся но широкому свету свидетели погребения и хотя бы родные твои искали тебя, но не найдут уж нигде на земле! Но и искать мертвого здесь никто не станет, и даже пес о тебе не спросит!
Знал это Балдыга, знали и мы, и молчаливо, расходились по домам.
* * *
На завтра, после похорон, мороз еще более усилился. По другой стороне довольно узкой улицы, на которой я жил, невидно было ни одного строения: густая мгла снежных кристаллов, как облако, повисла над землей. Из-за этой мглы солнце уж не выглядывало, и хотя на улице не было живой души, но непомерно сгущенный от большого холода воздух долго доносил к моим ушам то металлические звуки скрипящего снега, то звук разрываемых в стенах домов толстых бревен, либо трескающейся широкими расщелинами земли, то звук, похожий на жалобный напев якута. Очевидно, начинались те якутские морозы, в сравнении с которыми бледнеют жесточайшие полярные холода и, благодаря которым, какой-то невыразимый ужас охватывает человека. И каждый живой организм, чувствуя свою немощь, хотя и силится не ежиться, но, как несчастный пес, окруженный стаей яростных бульдогов, знает хорошо, что это напрасно, что неумолимый враг рано или поздно победит. И Балдыга, как наяву, чаще теперь вставал предо мною. С час сидел я над разложенной работой, но она как-то не клеилась, перо само выпадало из руки, а непослушная мысль вырывалась далеко заграницу снежной и морозной страны. Напрасная ссылался на мой рассудок, напрасно я повторял себе в десятый раз советы доктора; до сих пор я ставил всяческие преграды снедавшей меня несколько недель болезни, но сегодня я чувствовал себя без воли, бессильным. Тоска по родине пожирала меня, безжалостно грызла.
Столько уж раз я не мог противиться обольстительным мечтам, а сегодня разве я мог бы устоять от искушения? Искушение было более сильное, а сам я слабее обыкновенного.
Прочь же снега и морозы, прочь якутская действительность!.. Я бросаю перо и, окруженный клубами табачного дыма, распустил вожжи разгоряченного воображения.
И понесло же меня своевольное воображение!..
Чрез тайги и степи, горы и реки, чрез царства и бесчисленные земли, понеслась крылатая мысль на далекий запад, расточая предо мной настоящие чары: мне грезились избавленные от несчастий и нищеты, полные красоты и гармонии мои нивы над Бугом. Устам моим не сказать сегодня, перу не описать этих чар!
Я видел позолоченные нивы, изумрудные луга, дряхлые леса, шептавшие мне о прошлом.
Слышал я шум волнующихся колосьев, шум божьих крылатых певцов, говор исполинских дубов, надменно насмехающихся над ветром. И упивался я благоуханием этих бальзамических лесов и цветущих полей, убранных девичьей свежестью небесных васильков, красой весны — невинной фиалкой... Каждый мой нерв чувствовал прикосновение родного воздуха... Я чувствовал живительную силу солнечных лучей и, хотя на дворе мороз скрежетал еще неистовее и теперь резче скалил на меня свои зубы на окнах, кровь живее циркулировала в моих сосудах, голова горела и, как заклятый, засмотревшийся, заслушавшийся, я не видал и не слыхал уж ничего кругом себя.
* * *
Я не слышал и не видел, как отворилась дверь и кто-то вошел ко мне, я не видел клубов пара, влетающих здесь за всяким открытием дверей в таком изобилии, что и не заметишь входящего, не чувствовал я холода, который с каким-то наглым напором врывается здесь в людские жилища, я не видел и не слышал ничего, и только теперь, когда почувствовал около себя человека и прежде, чем рассмотрел его, невольно бросил ему обычный в Якутске вопрос:
— Тох надо? [* Что нужно? — первое якутское слово.]
— Это я, prosze pana, з мелочем торгую — прозвучал ответ.
Я поднял глаза. Я не сомневался, что предо мной, не взирая на его разнородную одежду из бычачьих и оленьих шкур, стоял типичный, из маленького городка, еврей. Кто его видывал в лосях и сарнаках, тот узнает его не только в Якутске, но и в патагонских шкурах. Я узнал его сразу, тотчас же. Так как я бросил ему свой вопрос почти в бессознательном состоянии, то еврей, стоявший теперь предо мной, не прерывал моих грез видом слишком жестокой, чуждой действительности, он не был слишком безобразным контрастом с моими думами. Напротив. С живым удовольствием я всматривался в знакомые черты; появление еврея в тот момент, когда мыслью и сердцем я переносился в родную землю, казалось мне довольно естественным, а пара польских слов нежно пощекотала мой слух. В неоставившем еще меня забытьи я дружески присматривался к нему.
Еврей постоял немного, затем отошел, повернулся к двери и быстро начал стягивать с себя свою одежду.
Только тогда я опомнился и догадался, что ничего ему не отвечал и что догадливый полуземляк, перетолковав на оборот мое молчание, пожелал разложить предо мной свой товар. Я поспешил вывести его из заблуждения.
— Побойся Бога, человек, что ты делаешь? закричал я быстро. Ничего не покупаю, ничего мне не нужно, не разбирайся напрасно и иди себе с Богом дальше!
Еврей перестал разбираться и, подумав минуту, волоча за собой по полу снятую доху, подошел ко мне и прерывающимся голосом быстро, бессвязно начал рассказывать:
— Это ничего; я знаю, что пан ничего не купит; видит пан, я давно уж здесь, очень давно... я до сих пор не знал, что пан приехал. Из Варшавы, ведь? Вчера мне только сказали, что пан здесь уж четыре месяца. Как жаль, что я так поздно узнал! Тогда бы пришел! Сегодня искал пана целый час, был даже на самом конце города, а тут мороз такой, черт побери!.. Позволь, пан, я долго мешать не стану, только несколько слов...
— Чего ты хочешь от меня?
— Я хотел бы только поговорить немного с паном. Этот ответ совсем не удивил меня; разных людей, приходивших единственно за тем, что бы «поговорить немного» с человеком, недавно прибывшим с родины, я встречал не мало; были между ними и евреи. Приходившие интересовались самыми разнообразными предметами: бывали и простые любопытные, и говоруны, бывали и люди, которые расспрашивали только о родных, бывали и политические, среди которых уж не один сошел с ума. Но вообще между приходившими политика пользовалась особенным вниманием и уважением. Поэтому не удивило меня желание нового гостя и, хотя я рад был возможно скорее освободить свою комнату от неприятного запаха всегда дурно выделанных шкур дохи, но все-таки я приветливо попросил его раздеться и сесть. Еврей, очевидно, обрадованный, через минуту уже сидел около меня, и теперь я мог приглядеться внимательней.
Все самые обыкновенные черты еврейского племени, казалось, воплотились в сидевшей около меня фигуре: и толстый, палкообразный нос, немного искривленный на бок, и проницательные, ястребиные глаза, и клиновидная бородка, цвета хорошо дозревшего огурца, и, наконец, узкий, лоб, обрамленный грубыми волосами, — все это было у моего гостя, но, поразительно, — это все, взятое вместе, быть, может, окрашенное выражением изнуренного лица, дышавшего какой-то искренней откровенностью и приязнью, не производило на меня в ту минуту неприятного впечатления.
— Скажи же мне, откуда ты, как зовут тебя, что здесь поделываешь и что хочешь знать от меня?
— Я, prosze pana, Сруль из Любартова, может каша милость знает, — это тотчас подле Люблина, да, ведь, у нас все знают, что это далеко-таки, раньше и я так думал, но теперь, добавил он с ударением, мы знаем, что Любартов от Люблина очень близко, возле него.
— А давно ты здесь?
— Очень давно. Без малого три года.
— Это еще не так давно, есть такие, что по 20 лет живут здесь, а в дороге я встретил старичка из Вильны, который около 50 лет здесь живет; вот, действительно, он тут давно. Но еврей вспылил:
— Как они, я не знаю этого, я знаю, что я здесь очень давно.
— Наверное, ты один здесь, если время кажется столь длинным?
— И с женой, и с ребенком, дочерью; было четверо детей, когда шел сюда, но путь этот такой, сохрани Бог! Шли мы целый год; пан не знает, что такое этапы?.. Трое детей умерло у меня в одну неделю, как будто сразу. Трое детей!.. легко сказать... даже похоронить не было где, ведь, кладбища нашего не было там... Я хусит, добавил он тише, пан знает, что это значит... закон соблюдаю... и Бог меня так карает...
И он умолк взволнованный.
— Мой милый, в таком положении трудно уж думать об этом, — это, ведь, все одно, земля божья всюду, старался я хоть чем-нибудь утешить его, но еврей вскочил как обваренный.
— Что, пан, говоришь? Это собачья земля! Тьфу, тьфу! Не говори, пан, так, стыдись! Земля, которая никогда не оттаивает? То проклятая земля! Бог не хочет, что бы здесь люди жили; если б Он хотел, она не была бы такой. Проклятая, подлая! Тьфу, тьфу! И он начал плевать около себя и топать ногами. Со стиснутым ртом, скорченными пальцами он грозил невинной якутской земле, шептал какие-то еврейские заклятия и, измученный усилием, скорей упал, чем сел на стул около меня
Все изгнанники, не говоря о религии и народности, не любят Сибири; но, очевидно, фанатичный хасид не умел ненавидеть наполовину. Я ждал, что он успокоится. Воспитанный в твердой школе, еврей быстро пришел в себя, быстро овладел волнением и, когда чрез минуту я взглянул ему пытливо в глаза, он ответил мне тотчас же:
— Прости мне, пан, я ни с кем о том не говорю, да не с кем здесь; и говорить!
— Разве мало здесь евреев?
— Разве то евреи, пане? уж какие здешние... закона никто не соблюдает. Но, боясь нового волнения, я не дал ему кончить; я решил сократить беседу и прямо спросил, о чем он хотел поговорить.
— Хотел бы узнать, что там слышно, пан. Столько лет здесь и никогда еще не слышал, что там делается.
— Ты спрашиваешь несколько странно, а потому я не могу тебе рассказать сразу всего; не знаю, что тебя интересует, — может, политика?
Еврей молчал.
Полагая, что гость мой, как и многие другие, интересуется политикой, не понимая самого названия предмета, я начал стереотипный для меня, вследствие многократных повторений, рассказ о политическом положении Европы, нашем и т. п. Но еврей нетерпеливо завертелся.
— Разве это не занимает тебя? спросил я.
— Никогда об этом не думал, откровенно ответил он.
— А! Теперь я знаю, чего тебе хочется: наверное, желаешь знать, как живется евреям, как идет торговля?
(Продолжение будет.)
[С. 2-4.]
СРУЛЬ ИЗ ЛЮБАРТОВА.
Адама Шиманьского.
(Перевод с польского).
(Окончание.)
— Им живется лучше, чем мне.
— Справедливо. В таком случае наверно хочешь знать, дорога ли жизнь у нас, какие цены на базарах, почем мука, мясо?
— К чему мне это, когда здесь нельзя достать, хотя бы там было и предешево?
— Еще справедливей; но, в конце концов, что же тебе нужно?
— Если я не знаю, как сказать это. Видишь ли, пан, я так не раз думаю, думаю, что даже Ривка, — так прозывается жена моя, — спрашивает меня: «Сруль, что тебе?» А что я ей могу сказать, когда я сам не знаю, что мне? Может же быть, что и люди смеялись надо мной? — добавил он, как будто следя, не буду ли я смеяться над ним.
Но я не смеялся. Я был заинтересован: очевидно, его угнетало что-то, в чем он сам не умел отдать отчета, а передать на языке, которым он владел чересчур слабо, было для него еще более трудным делом. Чтобы помочь ему, я успокоил его, посоветовав ему не торопиться, что работа моя не безотлагательна, что ничего я не потеряю, если мы поговорим с часок и т. д. Еврей поблагодарил меня взглядом и, после короткого размышления, начал такую беседу:
— Когда пан выехал из Варшавы?
— По русскому календарю — в конце апреля.
— А что холодно тогда там было или нет?
— Совсем тепло, — я сначала ехал в летнем костюме.
— Ну, смотри, пан! А здесь мороз!
— Что же ты забыл, что ли, — ведь, у нас в апреле поля уж засеяны, все деревья зелены!
— Зелены?! — радость блеснула в глазах Сруля, — и так зелены, так зелены, а здесь мороз?!
Теперь я уже знал, что ему нужно, но, желая убедиться, я молчал; еврей оживился на самом деле.
— Ну, скажи же мне, пан, есть ли у нас теперь... только, вот, видишь, не знаю уж я, как называется, уж забыл по-польски, толковал он, сконфузившись, — как будто бы, умел когда-то: белые такие, как горох, около домов в огородах летом, на таких больших палках?..
— Фасоль?
— Она то и есть! фасоль, фасоль, повторял он про себя много раз, как будто, он хотел навсегда запечатлеть это слово.
— Разумеется, ее много, а здесь разве нет?
— Здесь? Без малого три года не видел ни одного зернышка! Здесь горох такой, что у нас свиньи только... только...
— Свиньи едят, подсказал я.
— Ну, так! тут на фунты продают и то не всегда достать можно.
— Разве ты любишь так фасоль?
— Не то, что люблю, а именно, я не один раз думаю себе об этом, ведь это хорошо, в роде того, как будто, лесок растет кругом дома. Здесь ничего нет!
— А теперь, — начал снова он, — скажи мне, пан, есть ли еще у нас зимой маленькие, вот такие — и он показал на пальце, — серые такие птички, тоже забыл как называют. Тогда их много было! Бывало, молишься около окна, а этой мелюзги, как муравьев, наберется. И кто бы там на них глядел! Знаешь, пан, никогда бы я не поверил, что я буду думать о них когда-нибудь?! Ведь здесь даже вороны на зиму улетают, а такая мелюзга тем более не может выдержать, но у нас, наверное, они есть еще? Ну, пане, есть?..
Но теперь я ему не отвечал, дальше я не сомневался, что старый еврей, фанатичный хасид, тосковал по родине так же, как и я, что оба мы были больны одной болезнью; такая неожиданная находка полу-товарища по страданию сильно тронула меня. Я взя его за руку и в свою очередь сам спрашивал.
— Так вот о чем захотел поговорить со мной? Ты не думаешь о людях, о своей тяжкой доле, о несчастье, которое гнетет тебя, а тоскуешь о солнце, воздухе, родной земле?. Думаешь о палях, лугах и лесах, об их божьих жителях, которых в твоей бедной жизни у тебя не было времени даже хорошо познать, а теперь, когда милые образы исчезают из твоей памяти, ты боишься пустоты, окружающей тебя, горького сиротства, касающегося тебя, когда затрагиваются дорогие воспоминания! Хочешь, чтобы л припомнил тебе, хочешь, чтобы я сказал тебе, какова наша земля?..
— О так, пане, так, пане! я затем сюда и пришел... и он сжал мне руку и радостно, как дитя, засмеялся.
— Слушай же, брат!...
И слушал меня Сруль, весь ушедши в слух, с открытым ртом, со вперенным в меня , взором; этим взглядом он жег меня и поощрял, вырывая у меня слова, с жаждою хватал их и клал глубоко на дно своего горячего сердца... хранил там, не сомневаюсь в этом, — ибо, когда я окончил свой рассказ, еврей больно застонал: «о, вей мир, о, вей мир!» Его рыжая борода затряслась и крупные слезы, чистые слезы покатились по изнуренному лицу... всхлипывал старый хасид и, вместе с ним, плакал и я.
* * *
С того времени много воды утекло в холодной Лене и, наверно, немало людских слез скатилось по лицам несчастных. Но до сих пор, хоть это давно уже было, в ночной тишине, в бессонную ночь встает пред моими глазами, как статуя, с выражением глубокой боли в лице, Балдыга, и рядом с ним пожелтевшее и сморщенное, облитое чистыми слезами, лице Сруля. И когда я всматриваюсь дольше в эти ночные видения, не раз, кажется мне, я вижу, как движутся дрожащие и бледные губы еврея и тихий голос уныло шепчет мне: «о, Иегова, почему Ты так немилосерден к одному из наиверных твоих сынов?»
Вен. Семидалов.
Москва, 1892 г.
[С. 2-3.]
ЗЕМЛЯК
Сибирский очерк Адама Шиманьского
Было это в... году, — но какое дело до года, — довольно, что было в Якутске в начале ноября, чрез несколько месяцев после моего приезда в эту столицу морозов. Спиртовой термометр Реомюра показывал 35° холода. Со страхом думал о предстоящей судьбе моего носа и ушей, которые, как недавно привезенными с Запада, до сих пор всегда ощутительно для меня выражали свой тихий протест против принудительной акклиматизации и сегодня именно должны были подвергнуться весьма долговременному испытанию. Угрожало им испытание потому, что два дня тому назад в местном госпитале умер один из членов нашей колонии, Петр Балдыга, и сегодня утром мы должны были оказать ему последнюю услугу: опустить в промерзшую землю его измученные кости. Я ожидал только одного из знакомых, который хотел уведомить меня о времени погребения; я ждал недолго и, защитив весьма старательно нос и уши, поспешил за другими к госпиталю. Госпиталь был за городом. На дворе, чуть поодаль от других построек, стоял небольшой сарай — мертвецкая. В этой-то мертвецкой лежало тело Балдыги. Двери были отперты, мы вошли. В сарае, где не было ни стола, ни лавки, ничего, кроме стен, убеленных снежным инеем, на полу, засыпанном снегом, лежал также убеленный, завернутый в кукую-то простыню или рубаху, огромный, усатый труп. Это был Балдыга. Тело ужасно замерзло и, чтобы легче было вложить его в приготовленный уже гроб, пододвинули его к двери, к свету. Никогда не забуду лица Балдыги, которое я увидел теперь при дневном свете, очищенным от снега. Суровый облик отмечен был каким-то удивительным, невыразимым страданием, а из широко раскрытых глаз большие зрачки, казалось, с упреком смотрели куда-то далеко, на морозное, суровое небо.
— Умер прекрасный парень, — сказал мне тем временем один из соседей, заметив впечатление, какое на меня произвел вид Балдыги, — всегда был здоров и работящ, всегда привлекал и пригревал около себя кого-нибудь из самых бедных, — но за то и упрям же был! до конца верил, что вернется на Нарев; но, очевидно, пред смертью понял, что этого не будет.
Тем временем положили скаменевшие останки в гроб, поставили на маленькие, одноконные якутские санки, и когда портниха В., исполнявшая в данном случае на правах сведущей в религиозной практике обязанности ксендза, запела заупокойную молитву, мы, поддержали ее прерывающимися голосами, двинулись на кладбище. Шли мы скоро, мороз крепчал и торопил нас. Наконец, мы —на кладбище, бросаем на гроб по комку замерзшей земли, несколько ловких ударов заступа... и только маленький свеженасыпанный бугор земли скажет о недавнем еще существовании на свете Балдыги; однако простоит он недолго, едва несколько месяцев; придет весна, согретая солнцем могильная насыпь растает, сравняется с землей, порастет травой и куколью, — через год, два умрут, либо разбредутся по широкому свету свидетели похорон, и хотя бы родная мать искала тебя, не найдет уж нигде на земле! Знал об этом Балдыга, знали и мы и молчаливо расходились по домам.
----
Назавтра после погребения мороз еще усилился. Но другой стороне довольно узкой улицы, на которой я жил, не было видно ни одного строения: густая мгла снежных кристаллов, как облако, повисла над землей, Из-за этой мглы не выгладывало уж солнце; но, хотя на улице не было живой души, воздух, сгущенный от неизмеримо большего холода, долго доносил до моих ушей то металлические звуки скрипящего снега, то звук от трескающихся в стенах домов толстых бревен, или лопающейся широкими расщелинами земли, то звук, похожий на жалобный напев якута. Очевидно начинались те якутские морозы, в сравнении с которыми бледнеют самые лютые полярные холода.
И Балдыга как наяву теперь чаще вставал предо мной. С час сидел я над разложенной работой; но рабата как-то не клеилась у меня; перо само выпадало из руки и непослушная мысль вырывалась далеко за границу снежной и морозной земли. Напрасно я обращался к своему рассудку, напрасно я повторял себе в десятый раз советы доктора; до сих пор я ставил кой-какие преграды снедавшей меня несколько недель болезни, сегодня я чувствовал себя совершенно без воли, бессильным. Тоска по родине пожирала меня, безжалостно снедала.
Сколько уж раз в не мог сопротивляться обольстительным мечтам, но сегодня я быль не в состоянии устоять от искушения. И искушение было сильнее и сам я слабее, чем обыкновенно. Прочь же морозы и снега, прочь якутская действительность! Я бросил перо и, окруженный облаками табачного дыма, даль волю разгоряченному воображению. И понесло же оно меня? — чрез тайги и степи, горы и реки помчала мысль крылатая на далекий запад, развертывая предо мной дивные картины. Видел я позолоченные нивы, изумрудные луга, вековые леса, шептавшие мне о прошлом. Слышал шум волн колосьев, ворчанье божьих певцов крылатых, говор дубов-исполинов. И упивался я благоуханьем этих бальзамических лесов и этих цветущих полей, украшенных девственной свежестью голубых васильков, красой весны — непорочной фиалкой... Каждый мой нерв чувствовал прикосновение родного воздуха... Чувствовал я живительное действие солнечных лучей и не смотря на то, что на дворе мороз скрежетал еще неистовей, кровь быстро струилась в моих жилах, разгорячалась голова и как заколдованный, ослепленный и очарованный я не видел и не слышал уже ничего кругом себя.
----
Не видел и не слышал, как двери отворились и кто-то вошел ка мне; не заметил я клубов пара, влетавших сюда после каждого открытия дверей в таком большом количестве, что и не увидишь сразу входившего; не чувствовал я холода, который с наглым напором врывается сюда в людское жилище; не видел и не слышал ничего, и теперь только, когда почувствовал около себя человека, прежде нежели увидел его, невольно бросил ему обыкновенный в Якутске вопрос:
— Тох надо [* Что нужно; первое слово — якутское.]?
— Это я, пан, з мелочью торгую — прозвучал ответ.
Я поднял глаза. Не сомневался я, что предо мной, не смотря на его разнообразную одежду, коровьи и оленьи шкуры, стоял типичный польский еврей из маленького городка. Кто его видывал в Лосях или Сарнаках, тот узнает его не только в якутских, но и в патагонских шкурах. Узнал я его сразу, тотчас же. Свой вопрос я кинул ему почти бессознательно, не вполне еще придя в себя, а еврей, стоявший теперь предо мной, не сразу прервал нить моих мечтаний. Напротив, он явился как бы их продолжением С истинным удовольствием я всматривался в знакомые мне черты; появление еврея, в минуту, когда мыслью и сердцем я переносился в родной край, казалось мне довольно естественным, пара польских слов мило полоскало ухо. В каком-то полузабытьи я приглядывался к нему дружелюбно. Еврей постоял немного, затем повернулся, подвинулся к дверям и быстро начал стягивать с себя разнообразную свою одежду. Тогда лишь только я опомнился и заметил, что ничего ему не ответил и что догадливый полуземляк, перетолковал по своему мое молчание, захотел разложить предо мной свой товар. Я поспешил вывести его из заблуждения.
— Побойся Бога, человек, что ты делаешь? — воскликнул я живо. — Нечего не покупаю, ничего мне не нужно, — не разбирайся напрасно и иди себе с Богом дальше!
Еврей перестал разбираться, подумал с минуту и, волоча за собой наполовину стянутую доху, приблизился ко мне и прерывающимся голосом быстро в бессвязно начал мне говорить:
— Это ничего; я знаю, что пан ничего не купит. Видишь, пан, я давно уж здесь, очень давно... До сих пор не знал, что пан приехал. Пан из Варшавы? Вчера лишь только мне сказали, что пан здесь уже четыре месяца. Как жаль, что я так поздно узнал! Тогда же бы пришел! Сегодня искал пава целый час; быль даже на самом конце города, а здесь морозь такой, чтоб его черти побрали! Пусть позволит пан, я долго мешать не буду, несколько слов только...
— Чего же ты хочешь от меня?
— Я только хотел бы немного поговорить с паном.
Ответ этот вовсе не удивил меня; различных людей, приходивших единственно за тем, чтобы «поговорить немного» с человеком, недавно прибывшим с родины, я встречал уже немало; были между ними и евреи. Приходившие интересовались разнообразнейшими предметами: бывали просто любопытные и говоруны, бывали и люди, спрашивавшие только о родных, бывали и политические. Не удивило меня поэтому, повторяю, желание нового гостя, и хотя я рад был освободить свою хату возможно скорее от весьма неприятного запаха всегда дурно выделанных шкур дохи, я попросил его приветливо раздеться и сесть. Еврей, очевидно, обрадованный, спустя минуту уже сидел около меня, и теперь я мог к нему приглядеться внимательней. Все самые заурядные черты еврейского племени, казалось, воплотились в сидевшей около меня фигуре: и толстый, палкообразный нос, закривленный немного набок, и проницательные, ястребиные глаза, и клиновидная борода цвета хорошо дозрелого огурца и, наконец, низкий лоб, окаймленный жесткими волосами, все это было у моего гостя; но, к удавлению, все это, взятое вместе, может быть, оттененное выражением изнуренного лица, дышавшего какой-то широкой откровенностью и дружелюбием, не производило на меня в эту минуту дурного впечатления.
— Скажи ж мне: откуда ты, как тебя зовут, что поделываешь здесь и что желаешь узнать от меня?
— Я — Сруль из Любартова, может милостивый пан знает, что это сейчас же подле Люблина; ведь, все знают у нас, как это далеко; ранее и я так думал, но теперь, — добавил он с ударением, — мы знаем, что Любартов от Люблина очень близко, тотчас около него.
— А давно ты здесь?
— Очень давно, три года без малого.
— Это еще не так, ведь, давно, — есть такие, что по 20 лет живут здесь, и по дороге я встретил старичка из Вильны, который около 50 лет живет здесь; тот, действительно, здесь давно.
Но еврей вспылил:
— Как они — этого я не знаю; знаю, что я тут очень давно.
— Должно быть ты один только, если время так долго кажется тебе?
— И с женой и ребенком, дочерью; было четверо детей, когда шел сюда, но это путь такой — сохрани Бог! — что шли его целый год; пан не знает, что это за этапы?.. Трое детей сразу у меня умерло в одну неделю; это всё равно, что вдруг... Трое детей?! Легко сказать... даже похоронить не было где, так как кладбища нашего не было там... Я «гусит», — добавил он тише, — пан знает, чтó это значит... Закон соблюдаю... и Бог меня так наказывает!..
И он, взволнованный, умолк.
— Мой милый, в таком положении трудно уж думать о том: ведь это все одно, земля Божья всюду, — пытался я его хоть чем-то утешить, но еврей вскочил как ужаленный.
— Божья! какая Божья! что за Божья! что пан говорит! Божья земля? Не говори, пан, так, стыдно, пан! Земля Божья, которая никогда не оттаивает? То проклятая земля! Бог не желает, чтобы здесь люди жили; если б он хотел, не была бы она такой. Проклятая, подлая! Тьфу, тьфу!
И он начал плевать вокруг себя и топать ногами; со стиснутым ртом, скорчившимися пальцами грозил он невинной якутской земле, шептал какие-то еврейские проклятия и, измученный напряжением, скорее упал, чем сел около меня. Все сосланные, без отношения к религии и народности, не любят Сибири, но, очевидно, фанатичный хасыд не умел наполовину ненавидеть. Я ожидал, что он успокоится. Воспитанный в твердой школе, еврей быстро пришел в себя, быстро овладел волнением, и когда я спустя минуту пытливо посмотрел ему в глаза, он ответил мне тотчас же:
— Да простит мне пан! Я ни с кем о том не говорю, — ведь и не с кем здесь говорить.
— Но разве евреев здесь мало?
— Разве это евреи, пан? это уж такие, как здешние... Закона никто не соблюдает.
Но, опасаясь нового волнения, я не дал уж ему окончить, решил ускорить беседу и попросту спросил, о чем он хотел со мной поговорить.
— Хоть бы узнать, что там слыхать, пан. Столько лет здесь и еще никогда не слышал, что там делается.
— Когда спрашиваешь несколько странно, не могу тебе сказать сразу всего; не знаю, что же тебя интересует, — политика, может?
Еврей молчал. Думая что гость мой, как и многие другие, интересуются политикой, не понимая самого названия предмета, я начал стереотипный, вследствие многократных повторений, рассказ о политическом положении Европы, нашем и т. д. Но еврей нетерпеливо завертелся.
— Разве это не интересует тебя? — спросил я.
— Никогда об этом не думал, — откровенно ответил он.
— А, теперь знаю, чего тебе хочется: наверное, хочешь знать, как живется евреям, как торговля идет!
— Им живется лучше, чем мне.
— Справедливо. В таком случае вероятно хочешь знать, дорога ли жизнь у нас теперь, какие цены на базарах, почем мука, мясо и т. д.
— Что в этом мне, когда здесь нельзя достать, хоть бы там было и еще дешевле.
— Еще справедливей: но, в конце концов, что же тебе нужно?
— Когда я не знаю, пан, как сказать это. Видите, я не разь так думаю, думаю, что Рыфка, — жена моя так зовется, — спрашивает меня: «Сруль, что с тобой?» А что я ей скажу, когда сам не знаю, что со мной, Может быть даже люди поэтому смеялись надо мной? — докончил он, как будто испытывая, не засмеюсь ли я над ним. Но я не смеялся. Я заинтересовался: ясно, что его угнетало что-то, в чем себе сам не умел дать отчета и высказать чего на языке, которым владел необычайно плохо, было для него еще более трудным делом. Чтобы помочь ему, я успокоил его, — пусть не торопится, что работа моя не спешит, ничего я не проиграю, если мы поговорим с часок и т. д. Еврей взором поблагодарил меня и после короткого размышления начал такую беседу:
— Когда пан выехал из Варшавы?
— По русскому календарю в конце апреля.
— А чтó тогда холодно там было, или тепло?
— Совсем тепло, — ехал вначале в летнем костюме.
— Ну, смотри, пан! а здесь мороз!
— Забыл что ли ты, ведь у нас в апреле поля уж засеяны, все деревья зелены!
— Зелены?, — радость блеснула в глазах еврея, — а там, там зелены, а здесь морозь!
Теперь я уже знал, чего ему хочется, но, желая увериться, я молчал; еврей, очевидно, оживился.
— Ну, скажи же мне, пан, что теперь у нас... только вот видишь, не знаю уже, как называется, забыл уже по-польски... белые такие, как горох, только не горох, около домов в огородах летом, на таких больших палках?..
— Фасоль?
— А вот так, фасоль, фасоль! — повторял он про себя, как будто хотел навсегда заучить.
— Понимаю, ее много, а здесь разве нет?
— Здесь! Во все три года ни одного зернышка не видел; здесь горох-то такой, что у нас, извините, только... только...
— Свинью едят, — подсказал я.
— Ну так! тут на фунты продают и то не всегда достать можно.
— Разве ты любишь так фасоль?
— Не то, что люблю, но так; я не раз про себя думаю об этом, — ведь хорошо это, примерно, как будто лесок растет кругом дома. Здесь ничего нет!
— А теперь, — начал он снова, — скажи мне, пан, — есть еще зимой у нас маленькие, вот такие, — показывает он на пальце, — серые такие птички? Также позабыл, как это называется. Раньше много их было! Бывало, молишься у окна, а этой мелюзги, как муравьев, наберется. Но кто бы там на них смотрел! Знаешь, пан, никогда бы не поверил, что когда-нибудь о них буду думать!? Ведь здесь, здесь даже вороны на зиму улетают, — эта мелюзга такая тем более не может выдержать, — но у нас, наверное, она еще есть? Ну, пане, да?..
Но теперь я ему не ответил. Не сомневался я дальше, что старый еврей, фанатичный хасыд, тосковал по родине также, как я, что оба мы больны одной болезнью; такая неожиданная находка коллеги по страданию сильно растрогала меня; я взял его за руку и в свою очередь спросил:
— Так вот о чем поговорить хотел со мной? Ты не думаешь о людях, о своей доле тяжкой, о нужде, которая гнетет тебя, а тоскуешь о солнце, воздухе родной земли?.. Думаешь о полях, лугах и лесах, об их божьих обитателях, которых в своей бедной жизни ты не имел времени даже хорошенько узнать, и теперь, когда образы милые исчезают из твоей памяти, боишься пустоты, которая окружает тебя, боишься сиротства, которое тяготит тебя, когда исчезают дорогие воспоминания? Хочешь, чтобы я тебе припомнил их? хочешь, чтобы я тебе сказал, какая наша земля!..
— О так, пане, так, пане! затем сюда пришел я... — и он сжал мне руку и засмеялся как дитя, радостно.
— Слушай же, брат!..
............................................................................................................................................................
И слушал меня еврей, весь ушедший в слух, с открытым ртом, вперенным в меня взором; взглядом этим он жег меня и поощрял, вырывал из меня слова, хватал их с жаждою и закладывал их глубоко, на дне своего горячего сердца... и глубоко залегли они там, не сомневаюсь я, потому что, как я кончил свой рассказ: «о вей мир, о вей мир!» — застонал еврей, затряслась его рыжая борода и крупные слезы, слезы чистые покатились по изморенному лицу... И долго всхлипывал старый хасыд, и плакал я с ним в тоже время.
В. Сем.
[С. 2 (4).]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz